Czy coś się zmieniło?


Kiedyś marzyłam o księciu z bajki. Najlepiej wysokim, przystojnym, starszym ode mnie, Najlepiej z ciekawym charakterem. Marzyłam o tym, że spotkam go niespodziewanie w dziwnych okolicznościach przyrody i że zawróci on w mojej młodej głowie. Czułam, że zawładnie moim sercem, a ręce będą mi drżeć kiedy tylko będę chwytać jego dłoń. Chciałam, aby jego oczy sprawiały, że będę zapominać o zwyczajnej codzienności. Marzyłam o miłości, o jakiej marzyła pewnie każda młodsza dziewczyna. 

Obecnie mam dwadzieścia sześć lat. No dobra, dwadzieścia pięć, bo do sierpnia jeszcze trochę czasu pozostało. Co przez te wszystkie lata działo się w moim sercu i w mojej głowie? Czy coś się zmieniło w kwestii tego królewicza na białym koniu? Jeśli tak, to co na to wpłynęło? Ten post jest cholernie osobisty. Starałam się jednak nie zdradzać wszystkiego, bo też nie wszystko ma tu znaczenie. Zresztą to moje życie i nie muszę się nim wcale dzielić. Ale to już przecież dobrze wiesz. 

Te Walentynki (swoją drogą, nie lubię tej nazwy) spędzam sama. Sama lecz nie samotna. Jestem bowiem singielką. Jestem bowiem singielką od ponad roku. Tak na marginesie, dlaczego w tym dniu promocje skierowane są jedynie do osób w związkach? Powinni to zmienić! Wracając jednak do tematu...


Pamiętam swój pierwszy pocałunek. Taki w usta, a nie w czółko. Było wtedy ciepłe lato, a ja byłam zwyczajną nastolatką. Nieco szaloną i spontaniczną. On był kilka lat starszy, mieszkał w sąsiedztwie i widywaliśmy się wówczas prawie codziennie. Nigdy jednak nie pomyślałam, że to akurat z nim będę się całować na skrzyżowaniu polnych ścieżek. 

Pamiętam wiele moich przelotnych (mniej lub bardziej) znajomości z czasów szkoły podstawowej i gimnazjum. Niewinne spotkania, wspólne ogniska, wypady na spacery do lasu czy na pizzę. Można powiedzieć, że wcześnie zaczęłam życie towarzyskie. W sumie, coś w tym jest. Mama zawsze wspomina, że byłam dość kochliwa, co budziło w niej wielki niepokój związany z możliwością nieplanowanej ciąży. Tak, tak. Brzmi strasznie. Ona się martwiła, choć nie miała o co. Takie to jednak były czasy, że koleżanki z równoległych klas zostawały matkami. Ja omijałam taką ewentualność szerokim łukiem.

Pamiętam, że dzięki mojej kuzynce poznałam niespodziewanie kogoś, kto był starszy ode mnie o siedem lat. To spotkanie w samochodzie wywróciło mój świat do góry nogami, bo choć ciężko w to uwierzyć, była to miłość od pierwszego wejrzenia. Taka dojrzała jak na swój wiek. Owszem, związek gimnazjalistki ze starszym facetem budził sporo kontrowersji. Pamiętam, jak po raz pierwszy przyprowadziłam go do domu, aby poznał moich rodziców. Mama wcześniej tak bardzo się denerwowała i próbowała wybić mi z głowy tę znajomość. Kiedy go jednak zobaczyła to przepadła tak jak ja, a jego polubiła od razu po pierwszej rozmowie. Ten związek wytrwał prawie półtora roku i do tej pory wspominam go z sentymentem.  

Potem było liceum, dwa poważniejsze związki, które się rozpadły z różnych powodów. Następnie poszłam na studia i poznałam kogoś, z kim byłam przez kolejne kilka lat. Mój najdłuższy i wydawać by się mogło, że najbardziej poważny związek. Z upływem czasu, coraz bardziej czekałam na wspólne zamieszkanie, na pierścionek, na ślub w białej sukni i gromadkę dzieci. Coś jednak nie wyszło, my się rozstaliśmy, ja wyjechałam i było mi ciężko. Mój światopogląd się zawalił, a moje priorytety uległy nieco zmianie.


O czym marzę więc teraz? 

Przede wszystkim zaczęłam wszędzie i wszystkim powtarzać, że nie chcę męża. Czy to jednak prawda? W głębi duszy nadal marzę o białej zwiewnej sukni, wianku we włosach, stolikach na trawie i ciepłym, letnim słońcu skrywającym się za drzewami, ale coś we mnie pękło. Nadal marzę o dłoni w dłoni, wspólnym piciu herbaty, czytaniu książek w łóżku i odkrywaniu nieznanych miejsc, ale coś się we mnie zmieniło. Nie wiem, czy będę w stanie jeszcze kochać, czy będzie się to dla mnie wiązało ze zbyt dużym ryzykiem przywiązania i porzucenia. Czy poznam kogoś, kto będzie w stanie wywrócić mój świat do góry nogami i przywrócić mój dawny światopogląd? Kto przywróci dawną, spontaniczną Kingę? Kto przywróci tamtą dziewczynę sprzed lat? Czy warto ją w ogóle budzić do życia? Może warto zmienić coś w innym, nowym kierunku?

Każdy kolejny ślub budzi we mnie takie emocje, że nic tylko oczy mocniej zaciskać i dolewać więcej alkoholu do kieliszka. To nie jest tak, że jestem zła, bo według niektórych zmarnowałam kilka ostatnich lat tkwiąc w związku, który i tak nie zakończył się małżeństwem. To jest jednak tak, że cieszę się szczęściem Młodej Pary, ale jednocześnie im nieco zazdroszczę. Zazdrość nie jest dobra, wiem. Każdy kolejny ślub to dla mnie wyciskacz łez. Czy tak naprawdę wszystko we mnie runęło z hukiem po ostatnim rozstaniu, czy już wcześniej? Sięgając pamięcią wstecz, myślę że miało to miejsce na jednej z nocy sylwestrowych. Nocy, która sprawiła, że nie lubię obecnie ostatniego dnia w roku. Co się wówczas stało? To głupie, ale mój dobry znajomy oświadczył się mojej koleżance. Byli ze sobą o wiele krócej niż ja i mój ostatni chłopak. To spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. Pamiętam, że musiałam wyjść z mieszkania i ochłonąć. Oni wszyscy jednak wiedzieli, jak ja to odebrałam i ile to dla mnie znaczyło.

Ostatnio ktoś zapytał mnie: "Kinga, czy jesteś szczęśliwa?". Bez wahania odpowiedziałam, że nie. I choć wyjaśniając tę odpowiedź, powiedziałam że "Nie mogę być szczęśliwa, bo nie mam wszystkiego. Brakuje mi przecież zdrowia, pracy, miłości, pieniędzy, za mało podróżuję itd.", to po czasie dotarło do mnie, że to miłości brakuje mi najbardziej. Mogłam zatem powiedzieć:

"Nie jestem szczęśliwa, bo brakuje mi miłości."

Nie chodzi tu o miłość rodziny, znajomych czy kota. Nie chodzi mi tu o miłość do książek, architektury, jedzenia czy podróży. Chodzi o takie zwyczajne ciepło drugiego człowieka. O leniwe poranki w piżamie, o przygotowywanie obiadu i ubrudzenie się mąką jak małe dzieci, o głośne kłótnie i ciche pojednania, o niespodzianki przygotowywane potajemnie na urodziny, o wspólną codzienność. Czy to jednak oznacza, że dzisiejszy dzień spędzam zakopana w pościeli z toną chusteczek higienicznych? Nie. Takie czasy już dawno minęły. Dla mnie to dzień jak co dzień. No może jedynie więcej treści o tematyce miłosnej mogę znaleźć w Internecie. Nie dobija mnie to jednak. Nie jestem smutna. Jestem rozczarowana. Czas pokaże, czy ten książę, o którym kiedyś marzyłam, po prostu zabłądził po drodze, czy spadł z konia i już nigdy do mnie nie dojedzie. Może on już przepadł, ale dzielnie poszukuje mnie jakiś jego pomocnik, który też czeka na miłość? Tego dowiem się w przyszłości.

Kochajcie moi mili, kochajcie. 
I nie wstydźcie się pisać o miłości. 
Pisanie jest łatwiejsze niż mówienie, ale też może dużo zdziałać. 


Post powstał pod wpływem chwili. W ramach Walentynek i rozmyślań o ubiegłorocznym Camino del Norte. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Droga Czytelniczko/Drogi Czytelniku!

Jeśli tylko chcesz, możesz pozostawić na blogu ślad po swojej wizycie. Prywatne wiadomości bądź komentarze są jak najbardziej na miejscu :)

Jeśli jesteś tutaj po raz pierwszy, to nie zapomnij o podzieleniu się ze mną linkiem do swojego miejsca w sieci, tak abym i ja mogła zajrzeć do Ciebie.

* komentarze obraźliwe lub niezwiązane z treścią bloga, będą usuwane

Dziękuję serdecznie za odwiedziny :)

INSTAGRAM