Miasta i miasteczka na Camino del Norte #3

Wiesz, że to już ostatni post z serii: "miasta i miasteczka na Camino del Norte"? Jestem przekonana o tym, że wśród tych wszystkich miejsc odnalazłaś/eś choć jedno takie, które będziesz chciał/a odwiedzić w przyszłości. Jeśli tak się stanie (a wierzę, że tak!) to koniecznie daj mi znać o swoich wrażeniach. Na koniec oprowadzę Cię jednak zaledwie po trzech miejscach. To niby bardzo mało w porównaniu do poprzednich wpisów, ale z drugiej strony, mniej nie zawsze znaczy gorzej. Przynajmniej taką mam nadzieję. Jak już zdajesz sobie sprawę, Galicja jest dość tajemniczym regionem, dlatego takie właśnie będą wybrane przeze mnie lokalizacje. Stosunkowo niewielkie, ale na pewno warte zwrócenia uwagi. Podobnie jak ostatnim razem, kliknięcie na nazwę miasteczka spowoduje przeniesienie do mapy z jego lokalizacją. Zapraszam zatem w galicyjską podróż!

To takie miasteczko, w którym nie każdy pielgrzym zatrzymuje się na noc. Trasy opisane w przewodnikach proponują bowiem pójście nieco dalej i nocowanie w Mondoñedo. Chcąc zaoszczędzić nieco energii, zdecydowałam się jednak na pozostanie w tutejszym albergue. Bardzo cieszę się, że to zrobiłam! Wieczorny spacer wśród uliczek dobrze mi zrobił. Nieco odpoczęłam, a także pozachwycałam się lokalną architekturą, z której historia aż biła po oczach. Co według mnie było najciekawsze? Zdecydowanie budynek klasztoru benedyktynów zbudowany w X wieku. Do tego barokowy kościół, który widziałaś/eś na pierwszym zdjęciu. Co ciekawe, został on odnowiony (w XVIII wieku) przez architekta, który zaprojektował również katedrę w Santiago de Compostela. Była to więc taka namiastka tego, co mnie czeka po dotarciu do jednego z celów tej podróży. Dlaczego jeszcze darzę sympatią tę miejscowość? Ze względu na lawendęlawendową wodę podarowaną mi przez pewnego przypadkowego mężczyznę, abym ulżyła moim spieczonym ramionom. Ze względu na pierwsze spotkanie z Polakiem Józefem oraz Włochem Stefano. Ze względu na ponowną rozmowę z Czechem, którego poznałam w Zumaii, czyli około 500 kilometrów wcześniej. Uwierzysz, że siedziałam w pokoju, a rozpoznałam go jedynie po głosie, gdyż dyskutował z inną osobą? No cóż, niektórych rzeczy się nie zapomina. 

To taki typ wioski, w której znaleźć można jeden sklep, niewielu mieszkańców (według źródeł około 400), ale za to co najmniej pięć knajpek. Tak, tak, hiszpańskie życie toczy się w lokalach gastronomicznych, ale to w sumie temat na inną opowieść. Co zatem takiego znajduje się w Baamonde, że warto je odwiedzić? No cóż, odpowiedź może niektórych zdziwić. Kasztanowiec. Potężny, niesamowity kasztanowiec. Sam w sobie robi wrażenie. Kiedy jeszcze dowiesz się, że ma ponad 500 lat to wow! Czekaj, czekaj. To jeszcze nie koniec. Wiesz, co jest najciekawsze? Kiedy będziesz w jego pobliżu, koniecznie zajrzyj do środka. Zobaczysz tam bowiem rzeźbioną kapliczkę. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego. W jej sąsiedztwie stoi również niewielki kościółek z kamienia. Pochodzi on z XIII wieku. Ta przestrzeń odznacza się spokojem. Chwilą wytchnienia. Po prostu usiądź na murku lub trawie i rozkoszuj się chwilą. Przecież już nigdy nie będzie takiej samej sekundy, minuty czy godziny, prawda?
Na koniec mój ulubieniec. Ta miejscowość rozpoczyna się pięknym zbiornikiem wodnym i pojedynczymi domami. Potem biegnie drogą prowadzącą najpierw lekko pod górkę, a następnie schodzącą na dość duży plac. To właśnie tam znajduje się brama prowadząca do klasztoru cystersów, w którym mieści się albergue. I tu zaczyna się magia Sobrado. Średniowieczne budownictwo miesza się z nowocześniejszym, które powstało na skutek licznych przebudowań. Wszędzie widać kamienne bloki, na których odcisnął się czas. Widać zaniedbanie, a zarazem chęć przywrócenia temu miejscu życia. Tajemnicze, ale i przerażające
Stary kościół, w którym nie ma żadnych ozdób, do którego nie wpada zbyt wiele światła, a przez zagrzybione ściany przedzierają się na wolność niesamowite malowidła. Krużganki tak idealnie pasujące do tego miejsca, a jednocześnie nadające mu wyjątkowego charakteru. Sale sypialne mieszczące się w dawnej stajni wraz z drewnianymi łóżkami trzeszczącymi, gdy ktoś przerzuci się z boku na bok. Ogromny zielony dziedziniec, na którym pielgrzymi odpoczywają leżąc, siedząc lub tańcząc. Słychać dźwięk gitary, czuć zapach sosu pomidorowego unoszącego się z kuchni, a z nieba leje się żar. Warto spędzić tam noc. Warto poznać to miejsce.
Z czym jeszcze będzie kojarzyło mi się Sobrado? Z pierwszym zdaniem wymienionym przypadkowo z hiszpańskim "Włóczykijem". Z przedwczesnym świętowaniem i urodzinową babeczką otrzymaną od dwójki Polaków pokonujących Camino na rowerach. Z pięknym, mglistym rozpoczęciem moich 25. urodzin. Z chrapiącym niczym parowóz chłopakiem z Malezji. Z Belgiem grającym na gitarze po wieczornej kolacji. Z winem rozlewanym z Martiną i rodakami. Z przemiłym starszym cystersem. Po prostu z niesamowitą atmosferą, którą chciałoby się powtórzyć.  

W następnym poście zabiorę Cię do... 
Santiago de Compostela.

Pozdrawiam serdecznie,
Kinga

INSTAGRAM