Camino de Santiago, Camino del Norte 2016, europejskie podróże, Francja, podróże
komentarzy 12

Urocze francuskie miejscowości, czyli Saint-Jean-de-Luz oraz Ciboure

Moje pierwsze Camino del Norte rozpoczęłam w Akwitanii, położonej w południowo-zachodniej części Francji. Wyruszyłam z  malowniczej francuskiej miejscowości Saint-Jean-de-Luz, minęłam równie urokliwe Ciboure i wędrowałam przed siebie, prosto w nieznane. Od hiszpańskiego Irun dzieliło mnie zaledwie szesnaśnie kilometrów. Dystans ten miał być dla mnie łatwą i przyjemną rozgrzewką. Miał być początkiem tej niezwykłej Drogi prowadzącej do Santiago de Compostela. Drogi przynoszącej chłodny wiatr w upalne dni i bajeczne widoki. Czy rzeczywiście ten pierwszy odcinek był tym, czego oczekiwałam? Oczywiście, że tak! Ocean Atlantycki od razu zawładnął moim sercem, baskijska architektura mnie oczarowała a spotkany Francuz stał się moim pierwszym kompanem podróży.

 

SAINT-JEAN-DE-LUZ

Wieczorem, drugiego lipca 2016 roku, mój Flixbus jadący z Tuluzy, zatrzymał się przed niewielkim budynkiem miejscowego dworca (Gare de Saint Jean de Luz Ciboure). Moim oczom ukazało się dość duże rondo z wysokimi palmami, do moich uszu napływał elegancki język francuski, a ja przytłoczona ciężkością plecaka, ucieszyłam się jak małe dziecko.

Czy ja śnię? Czy naprawdę zdecydowałam się na coś tak szalonego? Co ja tu w ogóle robię? Jaki właściwie mam plan? Gdzie będę dzisiaj spała? Cholera, dlaczego tu jest tak ładnie?!

Tysiące pytań przelatywało przez moją głowę, a ja chciałam po prostu przespacerować się po mieście, odnaleźć plażę i Ocean Atlantycki, a następnie jak najszybciej wyjść z terenów miejskich i wyruszyć na poszukiwanie pierwszego, (oby!) bezpiecznego miejsca noclegowego.

Co teraz, z perspektywy czasu, myślę o Saint-Jean-de-Luz?

Jeśli mam być szczera, to spodziewałam się spokojnej, ale jednocześnie tętniącej życiem małej, rybackiej miejscowości. To, co zobaczyłam i usłyszałam, zaskoczyło mnie. Muzyka odbijała się głośnym echem od jasnych ścian. Zapachy przygotowywanego jedzenia unosiły się w powietrzu i sprawiały, że czułam się głodna. Tłumy turystów napierały na mnie ze wszystkich stron. Ludzie siedzieli przed lokalami, jedli lub pili wino (najczęściej to i to). Nie wiem, czy miał na to wpływ fakt, że trwała właśnie pełnia sezonu, czy tam jest tak na co dzień? Jeśli to drugie, to nieco współczuję mieszkańcom.

Jeśli jednak potraficie docenić uroki mniejszych miasteczek, to Saint-Jean-de-Luz może okazać się dla Was interesującym kierunkiem podróży. Mimo wszystko, myślę że warto wybrać się tam na dłużej. Najlepiej poza sezonem turystycznym, kiedy wieczorne spacery wśród wąskich uliczek przebiegać będą bez zbędnych zakłóceń, a zjedzenie romantycznej kolacji w klimatycznej knajpce odbędzie się bez biegających i krzyczących wszędzie dzieci.

Na co warto powinniście zwrócić uwagę podczas wizyty? Może nie zobaczyłam zbyt wiele, ale z czystym sumieniem mogę polecić kilka lokalizacji. Przede wszystkim niewielką, ale bardzo malowniczą starówkę. To właśnie tam znajdują się restauracje oferujące lokalne przysmaki, sklepy z pamiątkami (pocztówki kupicie po 0,40-0,50 euro) oraz przepiękne, przyciągające wzrok budynki. Zostały one wybudowane w stylu baskijskim. Tak, tak. Saint-Jean-de-Luz położone jest we francuskiej części Kraju Basków. Kolorowe okiennice i kwieciste balkony w połączeniu z bielą ścian dają olśniewający, niezwykle klimatyczny efekt.

Skuście się również na spacer w okolicy kościoła św. Jana Chrzciciela (Eglise Saint-Jean-Baptiste), który niewątpliwie wyróżnia się w przestrzeni miasta. To właśnie tam, w XVII wieku, odbył się ślub Marii Teresy z Ludwikiem XIV. Poświęćcie chwilę długiej promenadzie (Promenade Jacques Thibaud), która może nie jest niczym specjalnym, ale wędrówek nad oceanem chyba nigdy zbyt wiele, prawda? Poza tym, szeroka, piaszczysta plaża także zachęca do cieszenia się chwilą. P.S. Błądzenia wśród wąskich uliczek chyba nikomu nie muszę polecać?

MOJE PIERWSZE SPOTKANIE Z OCEANEM ATLANTYCKIM 

To właśnie w Saint-Jean-de-Luz po raz pierwszy w życiu zobaczyłam ocean. I to nie byle jaki, bo Atlantyk, który jest drugim pod względem powierzchni oceanem na świecie. To była miłość od pierwszego wejrzenia! W sumie to od pierwszego wejrzenia, usłyszenia, poczucia. Nigdy nie zapomnę uczucia radości, jakie dało mi to spotkanie. Ten huk, ten szum, te kropelki wody na twarzy. Wówczas jeszcze nawet go nie dotknęłam, a już mnie omamił. Już wtedy chciałam nad nim spędzać każdy kolejny dzień mojego życia, oglądać wschody i zachody słońca, pływać w nim, zatracać się patrząc na niego. Czy Wy również macie taką słabość do oceanu?

Zawsze uwielbiałam wodę. Rzeki, jeziora, morza. Nawet chlorowana woda mnie relaksuje. Ocean jednak przerósł moje wszelkie oczekiwania. Wpadłam po uszy. Przyznaję, że nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę go po raz kolejny.

Przechodząc jednak do tematu. Czas na…

CIBOURE 

Baskowie byli świetnymi marynarzami, dlatego Saint-Jean-de-Luz było niegdyś znaną osadą rybacką, w której port spełniał bardzo ważną rolę. Przybywali do niego również korsarze, dzięki czemu tereny te bogaciły się i powiększały swoją powierzchnię. Z czasem postanowiono wznieść bliźniacze miasteczko na drugim brzegu rzeki Nivelle. Początkowo mieszkała tam najbiedniejsza warstwa społeczna – awanturnicy, cyganeria i było to zupełne przeciwieństwo arystokratycznego Saint-Jean-de-Luz. Współcześnie oba miasta są do siebie bardzo podobne. Prężnie się rozwijają, także pod względem turystycznym.

Na uwagę zasługuje na pewno bulwar Pierre Benoit (Boulevard Pierre Benoît), z którego można podziwiać panoramę obu miejscowości. Plaża, promenada i baskijskie domy w Saint-Jean-de-Luz widziane z takiej odległości, zapierają dech w piersiach. Ciekawe, jak prezentują się  one po zmierzchu? To stamtąd roztacza się również widok na majestatyczny Fort de Socoa. Na wodzie unoszą się żaglówki, łodzie i motorówki, które dodają uroku oraz klimatycznej atmosfery miasteczkom położonym nad oceanem. Na zakończenie polecam spacer bocznymi uliczkami Ciboure, gdzie koty będą przebiegały szybko przez drogę, a czas będzie płynął o wiele wolniej…


Są takie miejsca, w których chciałoby się zamieszkać choć na chwilę, a Saint-Jean-de-Luz niewątpliwie do nich należy.
(fragment dziennika prowadzonego na Camino)


Podobał się Wam ten wpis? Polubcie go, udostępnijcie na swoich profilach albo po prostu wyślijcie link komuś, komu może się on przydać. Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawicie również komentarz pod postem.

Chcecie być na bieżąco? Polubcie KOT-a na fejsieinstagramiegoodreads, lubimyczytać. lub bloglovin. Zachęcam również do kontaktu mailowego (kinganowakofficial@gmail.com).

Wasza reakcja jest dla mnie niezwykle ważna. Mobilizuje mnie ona do rozwoju i dalszej pracy nad blogiem. Z góry dziękuję i do następnego razu! ♥