Moje Camino. Ból kontra siła.

Czy wspominałam już, że uwielbiam to wyjątkowe uczucie towarzyszące mi podczas podróży w nowe miejsce? Tę mieszaninę niepewności, zaskoczenia, radości i czegoś jeszcze, czego nie potrafię określić. Tą gęsią skórkę na rękach. Ten szum w głowie. Ten stukot w sercu. Uczucie wolności. Smak nowości. Pewnego rodzaju ryzyko. Nie wiem, co mnie spotka, ale nie boję się. Nie mam pojęcia, czy to dla mnie dobrze. Może byłoby lepiej gdybym choć trochę się bała? Przed rozpoczęciem Camino również nie miałam żadnych wątpliwości. Co prawda nie znałam ani hiszpańskiego, ani Hiszpanów, a wyjazd do Hiszpanii miał być moim pierwszym kontaktem z tym krajem. Znajomi mówili mi: "Jesteś szalona!", rodzice: "Jesteś nieprzygotowana!", a ja jak to ja poszłam chyba trochę na żywioł myśląc: "Co mi po trenowaniu, jak mogę skręcić nogę już pierwszego dnia i tak czy siak, pożegnać się z tą Drogą?!". 

Ktoś z Was zapytał mnie: "Jak przygotowywałaś się do przejścia tak długiego dystansu?". Będę szczera i się przyznam. Po czasie myślę, że musiałam być nieco stuknięta robiąc to co zrobiłam. Albo raczej czego nie zrobiłam. Specjalnie zerknęłam na swój profil na Endomondo i co zobaczyłam? Wyniki, pod którymi można jedynie dopisać: "Nie próbuj tego w domu.". Proszę, nie bierzcie ze mnie przykładu jeśli kiedykolwiek zdecydujecie się na pokonanie Camino. Choć z drugiej strony, uważam że teraz postąpiłabym tak samo. Może nie powinnam tego wyznawać publicznie? 

W lutym przeszłam 14,1 km. Pamiętam, że ubrałam się i po prostu poszłam na spacer do Holandii. Jak to brzmi w ogóle?! W marcu pokonałam 47,1 km na rowerze. W kwietniu przejechałam 68,5 km i przeszłam aż (!!!) 2,5 km. Maj wypadł rewelacyjnie pod względem przejechanych kilometrów (120,1). Przeszłam jednak tylko 14,9 km. Czerwiec to zaledwie 30,0 km na rowerze i 6,5 km na nogach. Po tym krótkim spacerze tak źle się czułam, że moja mama stwierdziła, że nie powinnam nigdzie jechać. Hmm. Tak, sama się sobie dziwię, że potem przez ponad miesiąc szłam praktycznie dzień w dzień (miałam tylko dwudniową przerwę w chodzeniu). Dzień w dzień. Niekiedy mniej, niekiedy więcej kilometrów. Jak ja tego dokonałam?! Uprzedzę Wasze pytanie i nie, nie trenowałam żadnego sportu regularnie przez jakieś ostatnie... pięć lat. Chyba właśnie dlatego wszyscy tak bardzo się dziwili, że zdecydowałam się zrobić coś takiego. Najkrótszy dzienny dystans jaki pokonałam w Hiszpanii to chyba coś około 10-12 kilometrów, natomiast najdłuższy około 40 kilometrów. Taaaak. Pamiętam ten dzień jakby zdarzył się wczoraj. Byłam tak zmęczona, że powiedziałam tylko: "Nigdy więcej.". Nie muszę chyba wspominać, że jakiś czas później znów pokonałam podobny odcinek?

Pytaliście mnie również o moje samopoczucie na trasie, o to czy były takie momenty w których chciałam zrezygnować. No cóż. Czasem faktycznie miałam dosyć. Jest jednak jedno ale. Pomimo tego, że stękałam, narzekałam, nie chciałam wracać do domu. Nie chciałam przerywać wędrówki. Pewnie gdybym teraz pokazała Wam zdjęcia moich stóp to moglibyście nigdy więcej nie wrócić na tego bloga ;) Nie wyglądały jak po wizycie u kosmetyczki. Mało tego, nadal tak nie wyglądają. Osoby decydujące się na Camino muszą o tym pamiętać. Zagłębiając się jednak w te pytania, mogę śmiało napisać, że moje samopoczucie było różne. Choć przepełniała mnie ogromna radość to zdarzały się również dni, w których łzy napływały do oczu i ciężko było je powstrzymać. Przerażenie, zwątpienie i rezygnacja kiedy walczyłam ze sobą podejmując decyzję o pójściu do pielęgniarki z moją stopą. Bałam się, że usłyszę: "Nie powinna Pani iść dalej". Cieszyłam się, gdy tego nie usłyszałam. Płakałam, kiedy rozstawałam się z poznanymi osobami, do których się ogromnie przywiązałam. Skakałam z radości kiedy dotarłam do Santiago. Takie przykłady zmiennego samopoczucia mogłabym wymieniać w nieskończoność. 

Czy chciałam zrezygnować? Nie! Jasne, zdarzały się takie dni, kiedy mówiłam: "Mam dość!". Zdarzały się takie dni, kiedy ledwo szłam. Związane było to z samopoczuciem takim bardziej fizycznym. Skóra spieczona od słońca. Bolące ramiona. Ból w łopatce, który na szczęście po jakimś czasie minął. Pęcherze na stopach. Aż w końcu problemy z więzadłem i ostatnie dwa, trzy dni w największym bólu jakiego zaznałam na całym Camino. To normalne, że ludzie czasem plotą głupstwa odnośnie rezygnacji z dalszej drogi, ale tak naprawdę ponad połowa z nich wcale w głębi duszy tak nie myśli. Mówią tak, bo są zmęczeni bądź zdenerwowani. Albo to i to. Wiecie, co było dla mnie bardzo ciężkie do zniesienia? Kiedy przechodziłam przez plażę z niesamowicie przejrzystą wodą, na której ludzie wygrzewali swoje tyłki, a ja musiałam przejść jeszcze jakieś 10 kilometrów, aby dotrzeć do schroniska. Zawsze wtedy krzyczałam: "Ejjj, a może zostańmy tutaj?" ;)  

"Jak dawałaś sobie radę dzień za dniem? Co dodawało Ci siły, by osiągnąć swój cel?". Wiecie, że nie potrafię odpowiedzieć jasno na te pytania? Wiedziałam, że chcę dotrzeć do Santiago de Compostela. Wiedziałam, że to jeden z moich celów podczas tej wędrówki. Szłam. Po prostu szłam. Nie zatrzymałam się w żadnym z miasteczek na dłużej niż jedną noc (nie licząc sytuacji z moją stopą i dwiema nockami w tym samym schronisku). Dlaczego? Ponieważ Hiszpania była dla mnie dodatkiem. Nie nastawiałam się na zwiedzanie. Nastawiałam się na swoje własne rozmyślania i przeżycia bardziej emocjonalne. To nie był wyjazd typowo turystyczny. I chyba właśnie to dodawało mi sił. To, że nie pędziłam wieczorem do miasta, aby zobaczyć kolejny zabytek. To, że zmienił się niejako mój tok myślenia. Poznani w drodze niesamowici ludzie. Zarówno inni pielgrzymi, jak i lokalni mieszkańcy czy turyści. Wszyscy Oni byli dla mnie ważniejsi niż kolejny odhaczony punkt na liście: Co warto zobaczyć?. Wsparcie rodziny i znajomych także dawało mi pozytywnego kopa do dalszego działania. Ból tracił na znaczeniu kiedy w grę wchodziła siła ludzkich serc. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Dziękuję Wam za wszystkie propozycje tematów, o których chcielibyście przeczytać. Jak zwykle jesteście wielcy i podrzuciliście mi kilka możliwości, o których wcześniej nie pomyślałam. Wstępnie pogrupowałam już te zagadnienia na kilka postów i mam nadzieję, że tym dzisiejszym rozwiałam wątpliwości części z Was. Gdyby jeszcze coś przyszło Wam do głowy, to dajcie znać :)

Pozdrawiam Was serdecznie!
Osobom, które rozpoczęły nowy rok szkolny życzę powodzenia!

16 komentarzy:

  1. Kinga, cały czas mnie zadziwiasz! 40km jednego dnia :O? To w ogóle możliwe? D: Jestem w szoku. Mnie jutro czeka siedmiokilometrowy marsz z kijkami i trochę mam stracha... xd
    Zadziwia mnie też fakt, że wyjechałaś do zupełnie innego, nieznanego kraju i właściwie go... nie zwiedzałaś. Dla mnie to zupełnie obcy typ podróżowania.
    Gratuluję Ci odwagi, serio. :D No i mam nadzieję, że Camino spełniło Twoje oczekiwania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Saro :D Tak, to serio jest możliwe! W sumie byli i tacy co robili po 50-55 kilometrów na dzień, więc nooo. To dopiero wariaci byli. Siedem kilometrów w sumie teraz dla mnie to pikuś. Jeszcze miesiąc temu zastanawiałabym się pewnie czy dam radę, więc rozumiem Twój strach.
      W sumie dla mnie chodzenie po danym miejscu jest prawie (prawie) jak zwiedzanie, więc nie odczułam tego tak jakbym była w Hiszpanii a nic nie zwiedziła. W sumie to rzadko zaglądam do muzeum czy obiektów innego typu (chodzi mi o wnętrza), więc tego mi nie brakowało. A przechodząc przez duże miasta czy miasteczka i widząc je dało się je zwiedzić. Choć z drugiej strony nadal nie mogę przeżyć Bilbao i tego, że nie widziałam muzeum nawet z zewnątrz :/ Niestety miałam wtedy akurat problem ze stopą, nie mogłam chodzić, więc wolałam siedzieć w hostelu niż nadwyrężać stopę, która na drugi dzień musiała pokonać jakoś 25 kilometrów czy 20 :p
      Camino w 99,9 % spełniło moje oczekiwania. Może nawet w niektórych kwestiach spełniło oczekiwania na ponad 100 % :D

      Usuń
    2. udało mi się przejść te 7km. :D i to całkiem niezłym tempem. a jaka potem byłam z siebie dumna, haha.
      w sumie ja też rzadko oglądam wnętrza. wolę jednak podziwiać architekturę z zewnątrz. ;)

      Usuń
    3. To super, Saro! Czułam, że Ci się uda. A tu jeszcze napisałaś, że i tempo było dobre, więc jest czego gratulować, więc... gratuluję serdecznie :)

      Usuń
  2. pięknie napisane i szczere gratulacje, że się udało. :) mnie zapewne znużyłaby taka wędrówka, chociaż jak się ma przed sobą cel, to zawsze coś Cię pcha do przodu. tak właśnie zawsze mam jak w góry idę, że mam dość, nie chcę, ale powtarzam sobie, że jeszcze tylko kilka kilometrów i będzie dobrze. ;) i zawsze jest. ;)
    pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, dziękuję, dziękuję :) Na szczęście ta wędrówka w ogóle nie wydała mi się nużąca, a cel rzeczywiście motywował do działania. Pchał do przodu, kilometr po kilometrze. O widzisz, świetnie znasz to uczucie. Masz już wprawę, więc może jednak na Camino by Cię nie znużyła wędrówka :) Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Mnie aż brak słów po prostu! Bardzo, ale to bardzo Cię podziwiam. Jesteś dla nie wzorem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jejku, Wiolu dziękuję! To bardzo, bardzo miłe co powiedziałaś i aż mi głupio, bo nie mam pojęcia co napisać. Dziękuję! :)

      Usuń
  4. Czytam Twoje slowa i sama mam ochote ruszyc w nieznane!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyrusz, wyrusz! Ja oczywiście polecam w wolnym czasie taką wędrówkę. Nie musi być to przecież koniecznie Camino. Może być to inny kierunek :)

      Usuń
  5. Myślę, że każdy Pielgrzym ma swoje gorsze dni i kryzysy na Camino. Najważniejsze, że po tych załamaniach samopoczucia otrzepywałaś ręce i kolana i ruszałaś dalej. Sama sobie pokazałaś, na co Cię stać. Jakiś czas temu naderwałam sobie ścięgno skacząc na skakance więc jak sobie pomyślę o Twoim więzadle to chylę Ci czoła. Bądź z siebie dumna bo ja z Ciebie jestem!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to prawda. Wielokrotnie miałam kontakt z pielgrzymami, którzy czuli się naprawdę bezsilni. Pęcherze, bolące kręgosłupy, kolana, a nawet taka zwyczajna tęsknota za domem, rodziną, przyjaciółmi, zwierzętami. To wszystko sprawiało, że ktoś czuł kryzys, gorszy dzień. Większość, podobnie jak ja, szła dalej do celu. Niestety nie wszyscy. Byli tacy, co nie mogli już iść i musieli przerwać swoją wędrówkę. Naderwanie ścięgna na skakance też nie brzmi dobrze! Dziękuję, to jest naprawdę miłe i... motywujące :)

      Usuń
  6. Też mi się marzy przejście trasą św. Jakuba do Santiago de Compostela. Pięknie o tym piszesz i właśnie tych przeżyć których doświadczyłaś Ci zazdroszczę. Właśnie dla nich powinno się tą trasą iść.
    Wspaniała podróż za Tobą, która na pewno na zawsze pozostanie w twoim sercu i pamięci! <3
    Pozdrawiam Cię serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję pięknie za wszystkie te miłe słowa! Życzę Ci spełnienia tego wyjątkowego marzenia, ponieważ moim zdaniem naprawdę warto wybrać się w taką podróż. Podróż i na mapie, i w głąb siebie. Chyba nawet bardziej w tym drugim kierunku ;) Oj tak, ta wędrówka na pewno pozostanie w moim sercu i pamięci. Na zawsze. Będę się starała zrobić wszystko, aby tak właśnie było.
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  7. Chyba każdy, kto decyduje się przejść tą drogę musi być trochę szalony ;) Cieszę się, że dałaś radę, tak psychicznie, jak i fizycznie. Gratuluję raz jeszcze :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tym jest! Szaleństwo chyba naprawdę nam towarzyszyło dzień w dzień. Na szczęście było to takie pozytywne szaleństwo :) Ja również się cieszę, że dałam radę, więc dziękuję tym mocniej. Za gratulacje także! :)

      Usuń

Droga Czytelniczko/Drogi Czytelniku!

Jeśli tylko chcesz, możesz pozostawić na blogu ślad po swojej wizycie. Prywatne wiadomości bądź komentarze są jak najbardziej na miejscu :)

Jeśli jesteś tutaj po raz pierwszy, to nie zapomnij o podzieleniu się ze mną linkiem do swojego miejsca w sieci, tak abym i ja mogła zajrzeć do Ciebie.

* komentarze obraźliwe lub niezwiązane z treścią bloga, będą usuwane

Dziękuję serdecznie za odwiedziny :)

INSTAGRAM