Hendaye. Skuś się, bo warto.

Po dość szybkim zwiedzeniu Saint-Jean-de-Luz oraz Ciboure, skierowałam się ku obrzeżom drugiego z nich. Musiałam bowiem znaleźć miejsce, aby rozbić swój namiot i jakoś przeżyć tę pierwszą nockę. Początkowo miałam zamiar kierować się oznaczeniami Camino. Szybko jednak uległo to zmianie, ponieważ w pewnym momencie po prostu je zgubiłam. Ostatnią żółtą strzałkę widziałam pod dużym kościołem położonym w otoczeniu baskijskiej zabudowy. Gdzie dalej powinnam iść? Tego nadal do końca nie jestem pewna. W każdym razie, w tamtej chwili, postanowiłam nie cofać się, a kierować się ku głównej drodze i iść na pamięć trasą, której przyglądałam się na domowym komputerze jeszcze przed wyjazdem do Francji. Jesteście ciekawi, jak to się dla mnie skończyło? Czytajcie zatem dalej...

Mój pierwszy towarzysz 
Po pewnym czasie zobaczyłam na przystanku starszego mężczyznę z plecakiem, który wyglądał na nieco zagubionego. Wymieniliśmy szybkie uśmiechy i... tak właśnie poznałam Pierre'a. Okazało się, że posługuje się on jedynie językiem francuskim, którego ja ni w ząb nie rozumiem. Jasne, jakieś tam podstawowe zwroty potrafię wypowiedzieć, ale na niezbyt wiele się one w takich okolicznościach przydają. Przecież chciałabym porozmawiać z nim o tak wielu rzeczach, o sprawach ważnych i ważniejszych. Co tu robi? Skąd jest? Jak długo już idzie? Z tego co udało nam się wspólnie ustalić, nie był on wcale pielgrzymem przemierzającym Camino, a Francuzem który wędrował znanym szlakiem wzdłuż oceanu. Interesujące, prawda? Dobrze, że miał mapę i pokazał mi na niej o co mu chodzi. Ustaliśmy jeszcze na szybko jedną ważną kwestię. Taką, że oboje niesiemy namioty, więc idąc dalej razem rozbijemy się gdzieś za miastem. Wstąpiliśmy zatem do sklepu po zapasy jedzenia, a jakiś czas później znaleźliśmy idealne miejsce na nocleg. Mała kamienista plaża w otoczeniu dzikich roślin. Brzmi może nie za ciekawie, ale widok był taki, jaki sobie wymarzyłam. Zjedliśmy wspólną kolację, posłuchaliśmy radia, poprzyglądaliśmy się mężczyźnie układającemu stosik z kamieni, podjęliśmy próby rozmowy, podziwialiśmy zachód słońca, a potem pożegnaliśmy się i poszliśmy spać. 
W środku nocy obudził mnie potworny hałas. Spojrzałam na zegarek. Była trzecia. O dziwo pomimo wyrwania ze snu, wiedziałam gdzie się znajduję. Nie wiedziałam natomiast, co się dzieje i dlaczego mam wrażenie jakby wiatr miał zaraz rozwalić mój namiot. Usiadłam, przetarłam oczy i popatrzyłam w górę. "Kurde, nic się nie rusza. Coś jest nie tak. Nie ma przecież wiatru.". Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to nie wiatr tak ryczy i chce porwać mój namiot. To sprawka oceanu. Zaśmiałam się sama z siebie. Zaśmiałam się ze swojej pierwszej samotnej nocy w namiocie i pierwszego nocnego towarzystwa oceanu. Położyłam się i poszłam spać dalej. 

Obudziłam się dopiero rano (niedziela, 3/07). O dziwo byłam całkiem wyspana i nic mnie nie bolało. Wyjrzałam na zewnątrz namiotu i... aż mnie zamurowało. Taki wschód słońca mógłby witać mnie codziennie. Mógłby mi towarzyszyć każdego dnia na Camino. Nie widziałam co prawda słońca, gdyż skryło się za wzgórzem, ale ciepłe barwy na niebie były tym czego potrzebowałam. Były dla mnie dawką pozytywnej energii. Nawet mycie zębów w tamtejszym strumieniu było tego dnia czymś interesującym. Czymś wartym zapamiętania.
W stronę Hiszpanii

Kiedy namioty nie były już wilgotne, zwinęliśmy nasze manatki i ruszyliśmy w dalszą drogę. Celem Pierre'a było dotarcie do hiszpańskiego Irun. Moim natomiast zdobycie paszportu pielgrzyma (hiszp. Credencial) i znalezienie noclegu gdzieś poza Irun. Pogoda zapowiadała się wspaniała, idealna do podziwiania oceanu i otaczającej mnie przyrody. Szczęśliwa i pełna nadziei maszerowałam według wskazówek mojego towarzysza. Pomimo dzielącej nas różnicy wieku, a przede wszystkim języków jakimi się posługiwaliśmy, udawało nam się całkiem sprawnie porozumiewać. Spojrzenia i gesty na migi wystarczyły, żebym wiedziała, kiedy Pierre chce się zatrzymać, a on wiedział kiedy ja chcę zrobić zdjęcie. Nigdy nie sądziłam, że będę do kogoś mówiła po polsku, on do mnie po francusku i uda nam się zrozumieć o co chodzi ;) 

Od francuskiego Hendaye dzieło nas kilka kilometrów. Kierowaliśmy się wzdłuż Oceanu Atlantyckiego (Coastal Path), poruszając się początkowo po wąskiej, piaszczystej ścieżce biegnącej w sąsiedztwie Route de la Corniche. Po prawej wzburzona woda uderzająca o skaliste wybrzeże, po lewej przejeżdżające co jakiś czas samochody. Przede mną Hiszpania, a za mną słońce. Po pewnym czasie ścieżka skręciła w las, a moim oczom ukazały się schody prowadzące w górę. Nie sądziłam, że wejście z plecakiem będzie łatwe, dlatego nie śpieszyłam się i szłam swoim tempem. Wyszliśmy na jednym z okolicznych wzniesień, z którego roztaczał się przepiękny, niezapomniany widok. Pomyślałam: "Jejku, niedawno tamtędy przechodziliśmy! Z góry wygląda to jeszcze lepiej!". 

Widoki, których nie zapomnisz - Hendaye
Czego można chcieć w niedzielne popołudnie? Oczywiście, że odpoczynku! Najlepiej na ciepłym piasku. Byliśmy przecież wówczas w słonecznej Francji, a do Hiszpanii było już całkiem niedaleko, więc nie musieliśmy się śpieszyć. Skręciliśmy zatem w prawo i znaleźliśmy się na piaszczystym wybrzeżu, na jednej z piękniejszych plaż jakie widziałam. Szeroka, czysta, otoczona z jednej strony przez skały. Do tego wszystkiego nie było tam wcale tak wielu ludzi. Zdjęłam buty, zrzuciłam plecak z ramion i poszłam na pierwsze bliższe spotkanie z oceanem. Woda była strasznie... orzeźwiająca. Zimna, mówiąc prościej. 

Hendaye to przede wszystkim trzy kilometry piaszczystej plaży przyciągającej turystów, lokalnych mieszkańców i przystojnych surferów (tych ostatnich było pod dostatkiem). Ondarraitz Beach na swoim wschodnim krańcu posiada również miejsce dla naturystów, przez co każdy może znaleźć dla siebie choć fragment wolnej plaży. Wzrok przyciągają na pewno dwie odosobnione skały zwane potocznie "bliźniakami" (fr. les deux jumeaux). Ich legenda związana jest z mitologicznym potworem, w jakiego wierzą Baskowie. Podobno kiedy chciał on zniszczyć jedno z tamtejszych miast, potknął się, a trzymany w rękach głaz rozpadł się na dwie części...
Zamiast pójść w pewnym momencie na skróty, wybraliśmy przypadkowo zdecydowanie dłuższą opcję wzdłuż oceanu. Przez to zrobiliśmy sporo niepotrzebnych kilometrów. Choć może tak nie do końca niepotrzebnych. Hendaye ma bowiem wiele pięknych miejsc do zaoferowania. Liczne knajpki, lokale w których można wypożyczyć deski do surfowania, sklepy z pamiątkami, kasyno na środku plaży. Nowoczesny boulevard de la Mer ciągnący się wzdłuż oceanu jest na tyle szeroki, aby mogli się po nim poruszać zarówno spacerujący ludzie, jak i rowerzyści, biegacze czy rolkarze (czy taka odmiana jest w ogóle dopuszczalna w języku polskim?!). 

Co jeszcze ma do zaoferowania Hendaye? Po pierwsze wspaniały, imponujący zamek (Château Abbadia), o którego istnieniu dowiedziałam się niestety dopiero po powrocie do domu. Znajduje się on na wschodnich obrzeżach miasta, dlatego nie został przeze mnie wcześniej zauważony. Po drugie, przepięknie zlokalizowany port żaglowy. Marina robi wrażenie. Posiada prawie 900 miejsc do zacumowania! Biel jachtów kontrastuje z odcieniem wody i zielenią na drugim tle. Po trzecie, trasę widokową (Bay Path) prowadzącą przez miasto aż do hiszpańskiego Hondarribia. Liczy ona aż czternaście kilometrów i miałam okazję przejść się jej fragmentem. Jest bardzo malowniczo rozmieszczona, więc z czystym sumieniem mogę ją polecić.

Jak dla mnie niesamowite same w sobie jest położenie Hendaye. Jako przygraniczna miejscowość stanowiła zarówno punkt wymiany handlowej pomiędzy Francją a Hiszpanią, ale również cel podczas licznych zatargów. Do tej pory znaleźć w niej można armaty skierowane w stronę Hondarribia znajdującej się po drugiej stronie rzeki Bidasoa. Swoją drogą, rzeka uchodząca do Zatoki Biskajskiej tworzy malowniczą zatokę o nazwie Txingudi zlokalizowaną właśnie między tymi dwoma miastami a Irun. Ją również warto zobaczyć! 
Wiecie co jest najlepsze w Hendaye? Według mnie nie zagubiło ono swojej lokalnej tożsamości na przestrzeni tych wszystkich lat. Jasne, nie byłam tam zbyt długo. Jasne, było tam mnóstwo turystów. Jasne, infrastruktura turystyczna była (i jest nadal) tam bardzo rozwinięta. Nie oznacza to jednak, że nie czuć tam lokalnego klimatu, a jedynie klimat takiego wakacyjnego kurortu. Nie, nie, nie. Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Myślę, że jest to idealny kierunek podróżniczy ze względu na bajeczną plażę, piękną architekturę, a przede wszystkim niesamowite położenie. Spacer po tym mieście, pomimo wielu nadłożonych kilometrów, okazał się czymś odprężającym. Praktycznie wszędzie otaczała mnie woda, żaglówki i nawet liczba mijanych po drodze ludzi mi nie przeszkadzała. To chyba o czymś świadczy? Może o tym, że w Hendaye łatwo się zatracić i zapomnieć o rzeczywistości, jaka nas otacza. 

Pozdrawiam serdecznie,
Kinga

3 komentarze:

  1. Jej, jakie widoki. Jestem pod wrażeniem! Coś pięknego!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakie cudowne zdjęcia! Widoki jak ze snu. Zawsze amrzylam,aby spac w tkaim miejscu pod namiotem, ale nie wiem czy bym sie odwazyla i czy bym zasnela :).

    http://uwiecznij-chwile.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. No widoki sa nieziemskie. Sama chcialabym obudzic sie przy takim wschodzie :)

    OdpowiedzUsuń

Droga Czytelniczko/Drogi Czytelniku!

Jeśli tylko chcesz, możesz pozostawić na blogu ślad po swojej wizycie. Prywatne wiadomości bądź komentarze są jak najbardziej na miejscu :)

Jeśli jesteś tutaj po raz pierwszy, to nie zapomnij o podzieleniu się ze mną linkiem do swojego miejsca w sieci, tak abym i ja mogła zajrzeć do Ciebie.

* komentarze obraźliwe lub niezwiązane z treścią bloga, będą usuwane

Dziękuję serdecznie za odwiedziny :)

INSTAGRAM