europejskie podróże, podróże, Włochy
komentarze 62

Wenecja – miasto, które zadziwia i wciąga

Wielokrotnie słyszałam powiedzenie: „Być w Wenecji, to jakby zjeść całe pudełko czekoladek z likierem naraz.” (T. Capote). Są to niewątpliwie trafnie dobrane słowa, ponieważ mój pobyt w tym włoskim mieście uświadomił mi, że czułam się tam jednocześnie szczęśliwa, nieco odurzona, zafascynowana, ale mimo wszystko wciąż było mi czegoś mało. Wenecja wciąga. Wciąga wciąż głębiej i głębiej, aż nie wiesz co jest grane. Skupiasz się na swoich odczuciach. Nie tylko oczy na tym korzystają, bo wciąż chcą więcej i więcej, ale również nos i uszy. Specyficzny zapach (nie określiłabym go jako „śmierdzący„), który przypomniał mi dawne czasy spędzane nad jeziorem, a także szum i delikatne falowanie wody. To wszystko wpłynęło na to, że po prostu zakochałam się w tym miejscu!
Kościół San Giorgio Maggiore na wyspie San Giorgio


Kanały zamiast typowych asfaltówek, motorówki/łódki/gondole zamiast samochodów. Korki spotkać można na wodzie, a chodniki nadal pozostają do użytku ludzi (choć i one były czasem zakorkowane). Wenecja zadziwia. Architektura jest piękna, mostki są urocze i co drugi z nich jest ładniejszy. Okna i drzwi mogliście obejrzeć w poprzednim poście <klik>, który miał być przedsmakiem kolejnych weneckich wpisów.

Jak rozpocząć zwiedzanie Wenecji mając ograniczony czas (przypominam, że w moim przypadku była to niecała doba)? Myślę, że najlepszym początkiem będzie wybranie dogodnego miejsca noclegowego. Od jego lokalizacji zależy przecież Twój kierunek zwiedzania! Mój hostel mieścił się w dzielnicy Castello, niedaleko Placu św. Marka, co okazało się wspaniałym wyborem. Pozwoliło mi to bowiem na swobodne przemieszczanie się po mieście pieszo (polecam gorąco!), podążając w kierunku dworca Venezia Tronchetto (dzielnica Santa Croce), z którego odjeżdżał mój autokar do Turynu. Jedynym minusem było to, że nie opłacało mi się zostawiać plecaka, gdyż musiałabym później zmarnować czas, aby po niego wrócić. Postanowiłam więc nosić go na plecach, czego trochę żałuję, gdyż niektóre miejsca (np. dzwonnica św. Marka) pozostały przez to poza moim zasięgiem. No, ale „co się odwlecze, to nie uciecze„!Polecam zwiedzać Wenecję bez użycia mapy. Jasne, warto jakąś ze sobą mieć, ponieważ w wielu uliczkach nie ma w ogóle ludzi (co było dla mnie zadziwiające) i jeśli podążamy od punktu do punktu, to musimy albo kogoś zapytać, albo sprawdzić lokalizację na mapie, aby uniknąć błądzenia i tracenia czasu. Jeśli natomiast mamy nieograniczony czas, to bez problemu miasto może nas wciągnąć!

Jedno z moich ulubionych zdjęć <3

Zwiedzanie Wenecji rozpoczęłam stosunkowo późno, bo około godziny 9:30. Po opuszczeniu hostelu, skierowałam się na zachód korzystając z nabrzeża nad Kanałem św. Marka zwanego Riva degli Schiavoni, które prowadziło aż do Pałacu Dożów i Placu św. Marka. Podziwiając niesamowite widoki po mojej lewej stronie, wsłuchując się w szum wody rozbijającej się o kamienne stopnie, mknęłam naprzód. To wspaniałe uczucie móc stać na skraju ogromnej wody, wyglądać drugiego brzegu, patrzeć na przepływające motorówki, stateczki oraz gondole oczywiście, ponieważ jest ich tam naprawdę dużo! Czekają one na pasażerów, jednak ja odłożyłam tę przyjemność na jakąś inną okazję, dlatego nie jestem w stanie nic Wam napisać na temat cen.

Kościół Il Redentore
Santa Maria della Salute

Minęłam Kościół Vivaldiego, który niestety był w remoncie, przez co jego fasada była zasłonięta; następnie pomnik Wiktora Emanuela II i przechodząc przez kilka uroczych mostków dotarłam do Mostu Westchnień (Ponte dei Sospiri). Przyznaję, że prawie bym go pominęła, gdyż wydawał mi się zawsze większy niż jest naprawdę. Jego nazwa nawiązuje do legendy związanej z więźniami skazanymi na śmierć, którzy pokonując swą ostatnią drogę, spoglądali przez okienka i wzdychali nad swoim losem. Łączył on niegdyś bowiem więzienie z siedzibą inkwizycji i salą tortur. Przechodząc przez tak zwany „Słomiany Most” (Ponte della Paglia) dotarłam do dzielnicy San Marco.

Most Westchnień

Tuż obok mostu znajduje się Pałac Dożów (Palazzo Ducale), którego nie da się przegapić. Fasada jest idealna. Zachwyca. Przez blisko 1000 lat służył on weneckim dożom, dlatego jest obecnie jednym z najchętniej odwiedzanych świeckich atrakcji. Budynek, który widzicie za dwiema kolumnami patronów miasta to jedna z największych bibliotek we Włoszech (Biblioteca Nazionale Marciana). W jej wnętrzu znaleźć można rękopisy po łacinie, grece, a także wyjątkowe zbiory kartograficzne, takie jak dawne plany Wenecji. Polecam usiąść na schodkach biblioteki i pozachwycać się otoczeniem. Jest stamtąd idealny widok na słońce odbijające się w lagunie, gondole, turystów i otaczające budynki.

Pałac Dożów, Kolumny San Marco i San Todaro, Biblioteka Marciana

Dzwonnica św. Marka (Campanile di San Marco) zadziwia wysokością. Żałuję, że przez posiadanie dużego plecaka nie mogłam się tam wspiąć i podziwiać Wenecję z góry. Pogoda wówczas dopisywała, więc widoczność na pewno była znakomita. Kolejka była jednak stosunkowo krótka jak na okolice godziny 10-10:30.

Dzwonnica św. Marka

Mój wzrok przyciągnął budynek (Torre dell’Orologio), który z pozoru wyglądał tak niepozornie, że dopiero po pewnym czasie zauważyłam przepiękną i wyjątkową tarczę zegarową. Wieża bowiem wykorzystuje mechanizm astronomiczny, który pozwala nie tylko na pokazanie godziny, ale także pory roku, fazy księżyca i… położenia słońca w danym znaku zodiaku. Detale są wykonane z precyzją, a co godzinę rozbrzmiewa dzwon, w który uderzają posągowi Maurowie.

Wieża zegarowa

Najbardziej charakterystycznym budynkiem na placu św. Marka jest niewątpliwie Bazylika św. Marka (Basilica di San Marco). Włosi to mają rozmach! Te gołębie tylko dodawały jej uroku. Kolory, kształty, wszystko podziałało na moje oczy. Miło było po prostu stać i patrzeć na bazylikę i kłębiące się przed nią tłumy turystów.
Zapomniałam wspomnieć, że Plac św. Marka (Piazza San Marco) wydał mi się mniejszy niż go sobie wyobrażałam. Podobał mi się on jednak zarówno w dzień, jak i w nocy. Bardzo żałuję, że byłam tak zmęczona, że nawet nie pomyślałam o tym, aby poprzedniego wieczoru zrobić jakiekolwiek zdjęcia. Mogłyby być idealną pamiątką po zgubieniu się wśród weneckich uliczek…

Bazylika św. Marka widziana z placu o tej samej nazwie
Bazylika św. Marka
Prokuracja Stara, Museo Correr, Prokuracja Nowa na Placu św. Marka

Z Placu św. Marka chciałam udać się w inne miejsce, do którego ostatecznie nie dotarłam, gdyż po pierwsze źle skręciłam, po drugie pytani ludzie nie wiedzieli gdzie powinnam pójść, a GPS zwariował. Drogowskazów także nie znalazłam (Wenecja jest naprawdę kiepsko oznaczona!), więc z ciężkim bólem serca zrezygnowałam z dalszych poszukiwań. Podążałam zatem wśród wąskich uliczek w kierunku Canal Grande. Wenecja jest dość kolorowym miastem, które powinno budzić pozytywne myśli. Fasady budynków są jednak często zniszczone, podmyte, a kawałki ścian leżą na chodnikach. Widać, z czym muszą borykać się władze podczas podtopień i wysokiego stanu wody. Jedźcie do Wenecji, póki jeszcze istnieje!

Po skręceniu kilkukrotnie w prawo i w lewo, dotarłam do małego placyku, czyli Campo san Luca. To miejsce słynie podobno z nocnego życia już od czasów Marco Polo! Z pozoru wygląda niepozornie za dnia, ale kto wie co dzieje się tam w nocy! 😉

Campo San Luca

Idąc dalej, dotarłam w końcu do Canal Grande, a po mojej prawej stronie zobaczyłam Most Rialto (Ponte di Rialto), w którego kierunku się udałam. Byłam kompletnie zawiedziona, że był on częściowo w remoncie i jego fasadę „zdobił” materiał oraz niesamowicie brzydka reklama dwóch przytulających się mężczyzn w dziwnych sweterkach. Miałam duże wyobrażenia odnośnie tego mostu, ale niestety nie pozwolił mi się on sobą nacieszyć. Szkoda, bo przecież aż do połowy XIX wieku był to jedyny most przerzucony przez główny kanał Wenecji. Roztacza się z niego jednak wspaniały widok na zakole kanału i sąsiadujące z nim budynki.

Most Rialto – uznawany za geograficzny środek Wenecji
Canal Grande – widok z Mostu Rialto w kierunku północnym

Przechodząc przez most, opuściłam San Marco i weszłam na najstarszą część miasta zwaną San Polo. To tu niegdyś toczyło się życie handlowe, a co za tym idzie krzątali się lokalni kupcy, a na ulicach słychać było nawoływania do kupna miejscowych wyrobów. Praktycznie po chwili dotarłam na mały placyk, przy którym mieści się San Giacomo di Rialto. Jest to średniowieczny kościółek, z piękną tarczą zegarową oraz małą dzwonnicą, dodającą uroku i charakteru tej budowli.

San Giacomo di Rialto. Zwróćcie uwagę na pana po prawej stronie 😉

Dalszą drogę pokonałam spacerując wśród bocznych uliczek, przy których praktycznie nie było widać żywej duszy. Cisza pozwoliła mi na spokojnie zachwycać się zarówno architekturą, jak i toczącym się życiem codziennym. Na przykład suszące się pranie idealnie ukazuje urok Wenecji. Właśnie tej mniej turystycznej Wenecji, kryjącej się poza głównymi ścieżkami turystów. Magicznie położone kawiarenki, pizzerie, do których wnętrz można zajrzeć prosto z sąsiadujących mostków. Jako, że ta część miasta to nie tylko woda, zdarzało się że szłam ponad piętnaście minut i widziałam jedynie beton, cegły i drewno, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Miło było usiąść na kamiennym murku na skraju kanału i chłonąć otaczającą ciszę. Przeszłam przez wspomnianą wcześniej dzielnicę San Polo oraz część dzielnicy Santa Croce prowadzącą aż do Canal Grande.

San Giovanni Evangelista

 

Spacerując dotarłam aż do Mostu Bosych, ale o nim i o tym, co zobaczyłam po jego drugiej stronie,
będzie już w kolejnym poście,
na który serdecznie Was zapraszam! 🙂


Pozostałe zdjęcia:
Na weneckich ulicach zobaczyć można piękne stroje…
…  oraz pamiątki
Campo Beccarie
W bocznych uliczkach skrywają się sklepy z maskami.
Na Placu św. Marka roi się od ptaków! Są i mewy, i gołębie.
W tym mieście spotkałam tylko dwa koty – jestem zawiedziona!
Barwa wody miejscami powala na kolana!

 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Za tydzień powędrujemy dalej, ponieważ to oczywiście nie wszystko,
co udało mi się zobaczyć podczas pobytu w Wenecji.
Mam nadzieję, że zostawiam Was z lekkim niedosytem! 🙂
Zostawiam Wam jeszcze mapę z zaznaczonymi punktami, o których wspominałam:
do usłyszenia!
Miłego weekendu!