×

Zagubieni w Wenecji

Wenecja pod koniec listopada? Czemu nie! Przyznam szczerze, że miałam nadzieję zobaczyć tak zwaną "wysoką wodę" (acqua alta <klik_zdjęcia> ) i przejść przez podtopiony Plac św. Marka po specjalnej drewnianej kładce. Pogoda okazała się jednak bardzo łaskawa i podczas mojej wizyty w tym włoskim mieście, świeciło słońce i wiał lekki wietrzyk. Przypuszczać można, że kilkanaście godzin spędzonych w stolicy regionu Wenecji Euganejskiej, to zbyt mało, aby poczuć jej klimat. Wydaje mi się jednak, że to błędne myślenie, ponieważ ja zakochałam się w tym mieście już podczas przejazdu Mostem Wolności (Ponte della Libertà). Łączy on stały ląd (Mestre) z najbardziej znaną częścią Wenecji.

Dlaczego właśnie w tym momencie zapałałam uczuciem? Było już ciemno (około godziny 21:30 dojechałam na miejsce docelowe - Venezia Tronchetto <klik_mapa> ), a autokar wjechał na ponad trzykilometrowy most. Z prawej strony widziałam Lagunę Wenecką, a na wprost mnie (siedziałam na pierwszym siedzeniu) rozpościerała się oświetlona tajemniczo wyspa. Poczułam, że to idealne miejsce dla mnie, które woła mnie do siebie na dłużej niż tylko jeden dzień. Niestety bilet powrotny miałam już zarezerwowany, więc pozostało mi jedynie liczyć na szybki powrót w innym terminie.
Gdy tylko wysiadłam z autokaru, to moja wenecka przygoda zaczęła się... od podążania za tłumem, który powędrował do biletomatów przy specjalnej kolejce przewożącej ludzi (People Mover Venezia <klik_mapa> ). Przewozi ona pasażerów nad obszarem typowo wodnym i łączy Wyspę Tronchetto z Piazzale Roma. W sumie to dobrze wyszło z tą kolejką, ponieważ zaoszczędziłam sporo czasu, gdyż na nogach szłabym na tej trasie około 20 minut. Kolejka kursuje praktycznie co 7 minut od 6 rano do 23 i jest niezłą opcją także dla turystów. 
Przy automatach z biletami poznałam Turka, który podobnie jak ja, zaskoczony był tą opcją szybszego transportu, dlatego następnie razem wsiedliśmy do najbliższego wagonika. Mieliśmy do przejechania jeden przystanek, a na kolejnym mieliśmy wysiąść. Rozmowa się w miarę kleiła, w pewnym momencie wsiadło dwoje kolejnych pasażerów, więc i z nimi zaczęliśmy się porozumiewać (dziewczyna była z Rumunii, a chłopak z Indii). Drzwi się zamknęły, a my zorientowaliśmy się, że UPS, ale jedziemy z powrotem, bo właśnie tu powinniśmy wysiąść...
Przejechaliśmy jednak przystanek, wysiedliśmy i przesiedliśmy się w kolejny wagonik, tym razem wysiadając już na odpowiedniej stacji. Jako, że K. kojarzył mnie z autokaru (tak, okazało się, że jechaliśmy z Bolonii), a do tego oboje szliśmy w podobnym kierunku (ja do zarezerwowanego hostelu, a on szukał transportu na sąsiednią wyspę), to udaliśmy się w dalszą drogę razem. 
Już na Piazzale Roma zapytaliśmy dwoje Włochów, którzy łapiąc się za głowę polecali nam wzięcie wodnej taksówki, która miała być bardziej komfortowym rozwiązaniem dla pary tubylców (tak, wzięli nas za parę). Jako, że wybraliśmy bardziej nieodpowiedzialną wersję, czyli spacer to pokazali nam kawałek drogi, a następnie radzili zapytać kolejną osobę. 
Wiecie jak brzmiał opis Ich drogi? Mniej więcej tak: "Przejdźcie przez ten mostek, potem w prawo, piąty mostek górą, a następnie w lewo, przez mostek, prosto i za czwartym mostkiem w prawo." Już za pierwszym mostem nie pamiętaliśmy, gdzie mamy iść, więc poszliśmy przed siebie i po pewnym czasie poprosiliśmy dziewczynę (jak się okazało bywała w Wenecji już wiele razy i mieszkała na południu kraju), która nadkładając drogi i spóźniając się na spotkanie ze znajomymi, odprowadziła nas kawałek od mojego hostelu. 
Wszystko niby pięknie, cudnie, ale kiedy dotarliśmy pod adres w dzielnicy Dorsoduro, który miałam zapisany, okazało się że... nie ma tam żadnego hostelu o podanej przeze mnie nazwie. Szybko upewniłam się w ekskluzywnym hotelu, że coś jest nie tak i raz jeszcze porównałam nazwę hostelu z adresem i co się okazało? Że miałam zły adres na kartce! Cała ja! Z wrażenia zapominałam, że zdecydowałam się ostatecznie na nocleg w innym miejscu, jednak nie zapisałam nowego adresu, a ten poprzedni, w którym nie było już wolnych miejsc. Czekała mnie zatem samotna droga przez ciemne zakamarki Wenecji, w celu dotarcia do poprawnego miejsca. Okazało się jednak, że K. odpłynął ostatni transport na jego wyspę, dlatego został bez noclegu i zdecydował się na spróbowanie szczęścia w tym samym hostelu co ja. 
Jako, że byłam już nieco zmęczona i zdenerwowana, postanowiłam skorzystać z ostatnich szczątków mojej baterii w tablecie i za pomocą mapy offline (bardzo, bardzo przydatna rzecz!) udać się, już tym razem pod dobry adres. Szkoda tylko, że GPS gubił się wśród tych wąskich, ciemnych uliczek. Przeszliśmy przez Most Akademii (Ponte dell’Accademia). Canal Grande nocą wygląda przepięknie pomimo bólu nóg, karku i zimna. Musieliśmy zapytać o drogę kolejne osoby (które to już?!) - tym razem dwie Hiszpanki, z którymi dotarliśmy aż do Placu św. Marka. Potem weszliśmy nie w tą uliczkę, zapytaliśmy pana w hotelu o wskazanie drogi i okazało się, że przeszliśmy obok docelowych drzwi aż dwa razy, jednak to hostel był tak słabo oznaczony, że w ogóle nie było widać tabliczki z nazwą. Jako, że na dole nie znaleźliśmy informacji, na którym piętrze mieści się recepcja, to weszliśmy na nogach...na trzecie piętro.
Uszczęśliwiona, że w końcu jestem na miejscu i czeka na mnie łóżko, przeprosiłam za spóźnienie. W formularzu rezerwacji zaznaczyłam bowiem, że będę około 22-22:30 na miejscu, a dotarłam tam jakoś po 23! Całe szczęście, że miejsce nadal było wolne. O noclegach będzie jeszcze innym razem, więc na tym etapie nie będę niczego więcej opisywała.
Zastanawiacie się, co stało się z K.? Podziękowałam mu niejako za odprowadzenie mnie w bezpieczne miejsce i wymieniając się mailami, poszliśmy w swoje strony (przy okazji dowiedziałam się, że prawie dwie godziny włóczyłam się po zakamarkach Wenecji z mężczyzną mającym ponad 40 lat...). K. zapytał jeszcze, czy nie chcę spotkać się następnego dnia, jednak uprzejmie zrezygnowałam, gdyż zostawałam krócej w tym mieście niż on, dlatego chciałam zobaczyć jak najwięcej idąc swoim tempem. 
Na drugi dzień, wyruszyłam na podbój Wenecji, czego skutki możecie zobaczyć na zdjęciach. Oczywiście zaintrygowana tym miejscem, zrobiłam prawie 400 zdjęć! Próbując to jakoś pogrupować, doszłam do wniosku, że w pierwszym weneckim poście, pokażę Wam okna i drzwi, które zrobiły na mnie duże wrażenie, a kolejne posty przemierzymy wśród kanałów, uliczek i atrakcji turystycznych. Pokażę Wam także moje ulubione miejsce, które totalnie mnie zauroczyło! Będą również koty :) 

do usłyszenia!
Copyright © 2016 Kinga On Tour , Blogger