europejskie podróże, Niemcy, podróże
komentarzy 21

Niemcy – chwile ulotne

Skoro wspomniałam już o wyborze trasyprzewoźniku autokarowym oraz kosztach transportu to czas przejść do czegoś innego, czyli samej relacji z podróży. Po prawej stronie pojawił się mały kalendarz z zapowiedziami kolejnych postów. „Chwile ulotne” to nic innego, jak cykl wpisów prosto z autobusu, czyli niekoniecznie dobre jakościowo zdjęcia zza szyby (brudnej szyby!). Mimo, że po części są one rozmazane albo coś się w nich odbija, to i tak chcę Wam je pokazać. Przecież takie zdjęcia to też część podróży. Nie każdy jest fotografem, ma dobry sprzęt i rękę, która się nie trzęsie. Nie zawsze światło jest odpowiednie, szyba czysta, a na placu nie ma żadnych ludzi, którzy nie wchodziliby w kadr. Część tych zdjęć oddaje to, co czułam, czyli szybkość, światła rażące po oczach, śnieg z deszczem tłukący o szybę czy zmęczenie spowodowane kolejnym wybudzeniem ze snu. Tak właśnie wyglądała moja droga z Burlo aż do granicy ze Szwajcarią.
Burlo, w którym obecnie przebywam i z którego rozpoczęła się moja podróż, dzieli od Dortmundu niecałe 100 kilometrów. Jako, że połączenia pomiędzy tymi dwoma miastami nie należą do zbyt szybkich i wygodnych (co najmniej trzy przesiadki), to podrzucili mnie moi rodzice. Wyjechaliśmy nieco wcześniej, bo wiadomo jak to bywa – mógł spaść śnieg (który zresztą na ten dzień zapowiadali) albo mógł być korek/objazd/roboty drogowe/inne wydarzenia losowe (wybierz właściwe). Mogliśmy się też zgubić. Ale tego nie zrobiliśmy i w sumie byliśmy na miejscu dużo wcześniej niż planowaliśmy. Okazało się, że poczekalnia na dworcu autobusowym jest bardzo mała i do tego siedzą na niej nieprzyjemne typy, więc poszliśmy zobaczyć dworzec kolejowy. Nie był on jednak zbyt przyjemny. Dużo sklepików w przejściu podziemnym, sporo stoisk z jedzeniem, brak ławek i mnóstwo ludzi. Dawno nie widziałam tylu w jednym miejscu! Nie było też zbyt czysto, a tłum i hałas były wręcz nie do zniesienia.

Niestety było chłodno, a moi rodzice byli wówczas przeziębieni, więc nie zdecydowaliśmy się na żaden dłuższy spacer. Czekaliśmy i czekaliśmy, aż otrzymałam sms-a z powiadomieniem o… co najmniej godzinnym opóźnieniu autokaru. Byłam tak podekscytowana tą podróżą, a tu taki cios! Cóż jednak było można zrobić… Po upływie ponad godziny autokar się pojawił, wsiadłam i bach! Już na starcie spełniło się jedno z moich marzeń, czyli siedzenie na samym przodzie w górnej części autokaru (może banalne, ale zazwyczaj bardzo trudno tam usiąść)! Pomachałam rodzicom, rozsiadłam się wygodnie, chwyciłam poduszkę, wyciszyłam telefon i kiedy ruszyliśmy poczułam tak wielką radość, a zarazem spokój, że chyba nie da się tu tego opisać żadnymi słowami.
„Ma­gia fo­tog­ra­fii to, oprócz światła prze­de wszys­tkim kul­mi­nac­ja momentu.” J. L. Wiśniewski
Jadąc i patrząc na te wszystkie pędzące samochody zmierzające nie wiadomo gdzie, nabrałam przekonania, że jestem na właściwej drodze i miałam wyruszyć w tę dwutygodniową podróż. Światła miast znajdujących się gdzieś w dole wywołały we mnie zachwyt! Czasem cieszyłam się, że pokonuję tę trasę w nocy, a nie w dzień, kiedy byłoby to po prostu zwyczajne miasteczko położone w dolinie. Nocą wszystko wygląda inaczej i ma inną moc przyciągania.
„Noc, miasto, czas dla poszukiwaczy wrażeń,

 

Światła, rytm, ulic szyk…” O.S.T.R.


Około 1 w nocy dojechaliśmy do Frankfurtu nad Menem. Miasta, którego za nic nie chciałam przespać. Chciałam, wręcz musiałam zobaczyć je w nocy. W blasku świateł. Jadąc autostradą mój wzrok przyciągnęły wysokie budynki po lewej stronie i wówczas… w moje serce trafił piorun. Wiem, że pojadę tam jeszcze raz, lecz tym razem po to, aby je zwiedzić i móc ponownie poczuć to uczucie, gdy widok oświetlonych wieżowców zwala z nóg. Nie mam dla Was żadnego zdjęcia, bo pewnie wyszłaby z tego jedna wielka plama, a poza tym i tak nie oddałoby ono tego zachwytu jaki mi towarzyszył. Nawet podczas przejazdu na dworzec moja szyja wykręcała się w każdą stronę, dlatego udało mi się zrobić jedynie dwa zdjęcia.
Następnie zahaczyliśmy o drugi terminal, gdyż również tam zatrzymywał się autokar. Nic ciekawego jednak nie udało mi się zobaczyć oprócz wielkiego budynku lotniska. Dalszą drogę praktycznie przespałam i dopiero na granicy ze Szwajcarią obudziłam się już na dobre. Wcześniej budziło mnie jedynie zwalnianie w poszczególnych miejscowościach (pamiętam Mannheim i Karlsruhe), z których zabieraliśmy kolejnych pasażerów. Nie ma więc zbyt wiele do opowiadania, dlatego w tym momencie przerwę moją historię. W środę zapraszam na chwile ulotne prosto z Zurychu, bo o samym przekraczaniu granic będzie kiedy indziej :)!
Koniecznie dajcie mi znać, czy lubicie podróżować nocą, gdy wszystkie miejsca wyglądają nieco inaczej niż za dnia. Może jest jakieś miasto, przez które przejeżdżaliście właśnie nocą i zrobiło ono na Was niesamowite wrażenie? 🙂
do usłyszenia!