europejskie podróże, Holandia, książki, podróże, życie na emigracji
komentarzy 40

Miasteczko Książek, czyli holenderskie Bredevoort

Zawsze przed wakacjami spędzanymi w Niemczech przeglądam mapę i wpisuję w Google wszystkie znajdujące się niedaleko miejscowości, wsie i inne dziwne miejsca, aby znaleźć coś wartego uwagi i zwiedzenia. W ubiegłym roku ukazały mi się genialne zdjęcia pewnego miasteczka w Holandii, do którego na spokojnie dałoby się dojechać rowerem, gdyby zaszła taka potrzeba. W tym roku postanowiłam te plany ziścić, a poniższy filmik to malutka zapowiedź tej wycieczki. Zapraszam do oglądania i czytania dalszej relacji z rowerowej wyprawy 🙂

Słyszeliście kiedyś o czymś takim jak: International Organisation of Book Towns (<klik>)? Ja nie! Jednak już teraz zdaję sobie sprawę z istnienia czegoś takiego jak Miasta Książek! Jejku, to naprawdę raj dla osób uwielbiających literaturę! Dlaczego? Bo to nic innego jak małe miasteczko lub wieś, w której nastąpiła pewna kumulacja antykwariatów i starych księgarni 😉 Organizacja zajmuje się promocją obszarów wiejskich, rozwojem książkowej turystyki, dbaniem o lokalnych sprzedawców książek i ogólnie wszystkim co dobre. Ich zadaniem jest także organizacja Międzynarodowego Festiwalu Książek. W przyszłym roku odbędzie się on w Szwajcarii, w St-Pierre-de-Clages. Według oficjalnej strony na świecie istnieje siedemnaście tego typu miasteczek, m.in. w Wielkiej Brytanii, Malezji, Francji czy właśnie w Holandii. Chyba nie zdziwię Was, jeśli napiszę w tym momencie, że chciałabym zobaczyć kiedyś także pozostałe szesnaście lokalizacji? 🙂
Położenie na tle Holandii.
Mam dla Was sporo zdjęć (nie tylko książek!), dlatego przejdę już do rzeczy. Na początek mapka z trasą, którą pokonałam i po której na drugi dzień bolała mnie lewa łydka 😉 W sumie sama się dziwię, jak po roku nie jeżdżenia na rowerze, udało mi się skończyć dnia następnego jedynie z lekkimi zakwasami! Co prawda pod koniec jechałam z prędkością o której nawet wstyd wspominać i liczyłam zakręty, żeby jak najszybciej znaleźć się pod prysznicem z ciepłą wodą 😀
Wsiadając na rower byłam przygotowana na przyjemną trasę wśród okolicznych pól i lasów, z wiatrem we włosach i z szumem w uszach. I wiecie co? W ogóle się nie pomyliłam! Popatrzcie zresztą sami na tę wszechobecną zieleń, która towarzyszyła mi już od samego początku…
Jeszcze w Niemczech…
… to również nadal Niemcy…
… to już Holandia!…
… Winterswijk Woold…
Ścieżki rowerowe w Holandii to coś, co kocham, uwielbiam i polecam każdemu! Znaleźć je można nie tylko w mieście, ale także na wsi. Miejscami są one naprawdę dobrze oznaczone, znajdują się  na nich liczne drogowskazy czy tablice, na których dzięki mapie można zorientować się, gdzie w danym momencie jesteśmy. Ścieżki są także w idealnym stanie i bez problemu można z nich korzystać (przynajmniej w tej okolicy). No i ci Holendrzy! Rowerowe pozdrowienia od starszych i młodszych, od jadących pojedynczo i dużymi grupami. Tak, ten kraj zdecydowanie przypadł mi do gustu 🙂
… ścieżka rowerowa w Holandii…
… w tym momencie pojechałam trochę za daleko i wyjechałam z Holandii…
… po prostu znów znalazłam się w Niemczech i musiałam zawrócić…
… chwilę po zrobieniu zdjęcia jechał pociąg…
… widok na holenderskie łąki…
Po pewnym czasie dojechałam do celu mojej wyprawy, czyli do holenderskiego Bredevoort! Położone jest ono we wschodniej części kraju, w prowincji Geldria, w gminie Aalten i liczy około 1500 mieszkańców. Na poniższym planie miasta zaznaczyłam na fioletowo trasę, którą przejechałam/przeszłam. Jak widzicie, nie udało mi się zobaczyć niestety całego miasteczka, więc mam powód, aby kiedyś jeszcze tam wrócić! 🙂 Myślę, że najlepszym wyborem dla odwiedzającego to miasteczko, byłby rower, ewentualnie samochód. Na obrzeżach widziałam kilkanaście miejsc parkingowych, jednak do samego centrum nie polecam wjeżdżać, gdyż może być problem z zaparkowaniem auta lub przejazdem przez wąskie, często jednokierunkowe uliczki. Na moje oko spokojnie można korzystać także z wózka dla dzieci czy wózka inwalidzkiego, gdyż nie ma tu zbędnych krawężników, a ścieżki piaskowe widziałam jedynie przy stawie.
… dotarłam do celu!…
… plan miasta i moja trasa zaznaczona na fioletowo…
Już od samego początku miasteczko mnie zachwyciło, bo od razu przyjęło mnie szumiącym strumieniem (Boven Slinge), uroczymi mostkami, uśmiechniętymi ludźmi i typowo holenderskimi domami. Wydało mi się mega klimatyczne i jednocześnie nieco inne od tych pozostałych miejsc w Holandii, jakie miałam okazję widzieć. Jak już zobaczyłam książki, to w ogóle zwariowałam i dopisałam Bredevoort do moich ulubionych miejsc, jakie do tej pory widziałam w tym kraju 😉
Po mojej prawej stronie (na wschodzie) zauważyłam młyn nazywany Prince of Orange. Pierwszy wiatrak pojawił się w tym miejscu już w 1644 roku, jednak uległ on zniszczeniu i na jego miejscu wybudowano nowy. Lokalizacja ta jest również dobrym punktem obserwacyjnym, choć ja niestety tego nie sprawdzałam. Ochronę nad wiatrakiem sprawują  między innymi wolontariusze.

 

Podążając dalej mijałam domy z pięknymi okiennicami, wąskie uliczki z ruchem jednokierunkowym, typowe ozdoby umieszczane przed budynkami, a z czasem nawet wielkie stoiska książek, ale do tego jeszcze przejdziemy…
Oczywiście w takiej miejscowości nie mogło zabraknąć… rowerów! Jak na Holandię przystało, były one oparte i o ogrodzenia, i o budynki. Nie można było nie zauważyć ich obecności.
Wiadomo, że jeśli dane miasteczko jest kojarzone z książkami, to muszą być w nim widoczne też koty!  Rude, czarne, popielate – od koloru do wyboru. Najbardziej do gustu przypadł mi ten rudzielec leżący na ziemi, któremu nawet nie chciało się ruszyć do zdjęcia 😉 Był naprawdę ładny, a do tego miał na szyi powieszony malutki dzwoneczek.
No i są! Nareszcie! Książki. Dużo książek. Bardzo dużo książek. Małe, duże, średnie. Na stolikach, regałach, w szafach. Wszędzie. Normalnie raj. Tak się w nich zatraciłam, że z wrażenia nie zrobiłam zbyt wielu zdjęć. Najciekawsze jest to, że w niektórych przypadkach normalnie był sprzedawca, w innych wisiała po prostu kartka (1-2 euro), stała mała skrzyneczka i najzwyczajniej w świecie wybierałeś książkę, płaciłeś i nie miałeś kontaktu z innym człowiekiem. U nas pewnie by to nie przeszło, książki byłyby rozkradzione… ale tam to działa! Większość tytułów było w języku holenderskim, część w niemieckim. Niestety nie znalazłam nic po angielsku, ale w sumie to sprawdzałam jedynie w dwóch miejscach, więc może udałoby mi się coś jeszcze znaleźć.
Przechodząc dalej przez miasteczko znalazłam kilka interesujących miejsc i budynków godnych sfotografowania, dlatego dzielę się nimi z Wami. Może choć trochę poczujecie się, jakbyście tam byli razem ze mną 😉
W drodze powrotnej wybrałam nieco inną trasę, aby znów zobaczyć coś nowego. Udałam się w kierunku Winterswijk, aby dotrzeć do Boven Slinge przepływającego w zupełnie innym miejscu. Urzekło mnie ono tak bardzo, że postanowiłam przeczytać tam fragment „Pana Tadeusza” i zrobić kilka nowych zdjęć o tematyce książkowej (co zresztą widać) 😉
… „Pan Tadeusz” w Holandii…
Potem wjechałam na ścieżkę rowerową prowadzącą wśród pól i przejechałam nią ponad kilometr nie widząc żywej duszy i mogąc być zupełnie sama. Naprawdę Holandia nie przestanie mnie zadziwiać, co udowodniła tą właśnie drogą. Jak zobaczyłam ten znak stojący pośrodku… niczego,  to tak naprawdę zaczęłam się śmiać 😀
… Winterswijk Miste…
Musiałam zrobić sobie także kolejny odpoczynek, na ławce w jakieś malutkiej miejscowości z pięcioma domami na krzyż i popatrzeć na łąki i nacieszyć się słońcem. Wiedziałam już, że czeka mnie jeszcze z godzina jazdy,dlatego zebrałam ostatnie już siły i ruszyłam dalej, gdzie czekało mnie spotkanie z pięknymi zwierzętami. W sumie, co dziwne, to były one pierwszymi i ostatnimi jakie widziałam tamtego dnia!

 

To już koniec moich holenderskich opowieści z Miasteczka Książek! Jestem oczywiście ciekawa, czy Bredevoort przypadło Wam do gustu tak bardzo jak mnie, czy jednak nie wzbudziło w Was większych emocji. Wiadomo, że zdjęcia nie oddają tamtejszego klimatu, jednak mieliście okazję zobaczyć to miejsce moimi oczami. W sumie to nie tylko to miejsce, ale także nieco bardziej interesujące momenty z mojej wycieczki. Dajcie mi znać, czy chcielibyście odwiedzić tę część Holandii! Może ktoś z Was już miał okazję tam być? Ja wiem jedno – chcę tam wrócić, bo po pierwsze – nie kupiłam żadnej książki, a po drugie – nie kupiłam żadnych pocztówek 😀 Mam więc motywację, aby po raz kolejny się tam wybrać. Poza tym dowiedziałam się, że jest tam organizowany także taki festiwal światła (Bredevoort Schittert), który również prezentuje się interesująco! Szczegóły znajdziecie <tutaj>. Niestety tegoroczna edycja już za nami 🙁


do usłyszenia!