KSIĄŻKOWA PODRÓŻ

POCZTÓWKOWA PODRÓŻ

PODRÓŻ PRZEZ EUROPĘ

NAJNOWSZE POSTY

Podróżniczy TAG

12.12.17

Dość często zadajecie mi pytania odnośnie mojego sposobu podróżowania. Jesteście ciekawi, jakim środkiem transportu najchętniej podróżuję, co zazwyczaj ze sobą zabieram, jakie pamiątki przywożę, w jaki sposób przygotowuję się do wyjazdów oraz z kim najczęściej zwiedzam różne zakątki Europy. Postaram się rozwiać Wasze wątpliwości i dlatego odpowiem na kilka pytań, składających się na Podróżniczy TAG autorstwa Ani z bloga Piosenka jest dobra na wszystko



1. JAKI JEST TWÓJ ULUBIONY ŚRODEK TRANSPORTU PODCZAS PODRÓŻY? 


Zacznę może od tego, że do tej pory miałam okazję podróżować zaledwie kilkoma środkami transportu. W moim podróżniczym życiorysie były już i krótsze trasy pokonane na rowerze (np. z niemieckiego Borken-Burlo do holenderskiego Bredevoort), i dłuższe trasy pokonane w inny sposób. Wśród tej drugiej grupy najczęściej dominują: wycieczki autokarowe (np. Amsterdam, Berlin, Paryż, Wenecja) oraz samochodowe (zawsze w roli pasażera) (np. Arnhem, Harderwijk). Kilkukrotnie przemieszczałam się pociągami (np. Borken - Essen, Łódź - Gdańsk czy Zumaia - Bilbao) i busami (np. Konin, Uniejów, Wilno). Tylko dwa razy płynęłam większym promem (Gdynia - Karlskrona i z powrotem). Zdarzało mi się korzystać również z taksówek, mniejszych przepraw promowych (np. Świbno - Mikoszewo, Laredo - Santoña) czy łódek (np. Somo - Santander). Co ciekawe, nigdy nie leciałam samolotem! Ta atrakcja nadal jest przede mną.

Odpowiadając jednak na powyższe pytanie, najchętniej podróżuję... autokarem. Pewnie chcecie wiedzieć: dlaczego? Mam chyba całkiem niezłe szczęście do przewoźników, z których usług już korzystałam, ponieważ w moim odczuciu komfort jazdy był przeważnie bardzo wysoki. Nie należę do osób, które mają chorobę lokomocyjną, dlatego zupełnie nie przeszkadzają mi szybko migające widoki za oknem. Jeśli o nie chodzi to są o niebo lepsze niż z jakiegokolwiek niższego pojazdu. Poza tym często do dyspozycji pasażerów jest toaleta, więc nie ma większych problemów z potrzebą nagłych postojów. Po prostu wsiadam i jadę. Tak naprawdę nic mnie wówczas nie obchodzi, bo to kierowca zawiezie mnie od punktu A do punktu B a ja w tym czasie mam chwilę dla siebie. Słucham muzyki, czytam książki, podziwiam krajobrazy, nawiązuję nowe znajomości, śpię. Uwierzycie, że o wiele lepiej śpi mi się w autokarze niż w samochodzie osobowym? Jadąc z kimś autem, mam taką nieco złudną nadzieję, że przecież w każdej chwili możemy się zatrzymać, bo nic nas nie ogranicza. Często jest jednak inaczej, gdyż kierowca chce jechać dalej a nie podziwiać okoliczne widoki. Wtedy przeżywam zawód. W autobusie nie mam takich problemów, bo z góry jestem nastawiona na to, że nie ma możliwości zatrzymania się, kiedy tylko będę miała ochotę zrobić kolejne zdjęcie na bloga. W sumie to samochód mógłby stać się moim ulubionym środkiem transportu, gdyby nie fakt, że zazwyczaj pokonuję nim stosunkowo krótkie odległości oraz trasy bardzo dobrze mi znane. Poza tym, może odpowiadałby mi bardziej, gdybym to ja kierowała? Nie wiem, okazałoby się w praniu. Tymczasem wygrywa autokar.
Rower, Holandia, wycieczka rowerowa

2. WOLISZ PODRÓŻOWAĆ W GRUPIE CZY INDYWIDUALNIE? 


Podróżowałam i w grupie (np. do Wilna), i indywidualnie (np. Camino del Norte). Wiadomo, tak naprawdę wszystko ma swoje plusy i minusy. Swoje ciemne i jasne strony. Jak to mówią, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Coś w tym jest!

Przyznaję, że na chwilę obecną wolę jeździć sama niż z kimś. Jestem trochę taką egoistką, jeśli chodzi o podróżowanie. Lubię bowiem samodzielnie decydować o tym, co, gdzie i kiedy zwiedzam. Chodzę wówczas swoimi ścieżkami i tempem, na który pozwala mój organizm. Jem, gdy mam na to ochotę, a nie gdy większość mnie po prostu przegłosuje. Mogę (a nawet muszę!) być odpowiedzialna sama za siebie i za swoje samopoczucie.

Jasne, świetnie jest dzielić z kimś ogrom przygotowań i obowiązków z nich wynikających. Cudownie jest dzielić z kimś wspomnienia, zapisywać je na wspólnych kartach pamięci. Uważam jednak, że trzeba do czegoś takiego dorosnąć. Dla jednych wyzwaniem będzie podróż w pojedynkę a dla drugich wyjazd w towarzystwie choć jednej innej osoby. Kto wie, może przyjdzie taki czas w moim życiu, że z radością będę wyczekiwała podróży z tą drugą osobą?

Myślę, że najwyższa pora przygotować osobny wpis na temat samotnego podróżowania. 


3. CZY JESTEŚ TYPEM PODRÓŻNIKA AKTYWNEGO, CZY BIERNEGO (WYPOCZYNKOWEGO)? 


Zdecydowanie jestem typem podróżnika aktywnego. Podczas wyjazdów chcę zobaczyć jak najwięcej, dlatego często wstaję wcześniej niż normalnie bądź kładę się spać później niż zazwyczaj. Dzień w podróży to dzień intensywny. Staram się bowiem wykorzystać każdą chwilę, aby lepiej poznać odwiedzane miejsce. Chłonę je całą sobą. Wdycham, smakuję, dotykam, penetruję. Rzadko leżę plackiem na plaży (chyba, że właśnie taki był cel wyjazdu). Wolę wspinać się na okoliczne wydmy, pływać w morzu, gubić się w przestrzeni pobliskiego miasta a na plażę zawsze można wrócić wieczorem. Najlepiej z dobrym winem i ciepłym kocem.
Winterswijk, Holandia, jezioro w Holandii, odpoczynek nad jeziorem

4. JESTEŚ W PODRÓŻY I WIDZISZ PRZED SOBĄ STOISKO/SKLEPIK Z PAMIĄTKAMI. CO NAJCZĘŚCIEJ KUPUJESZ Z PAMIĄTEK?


Zapewne nikogo to nie zdziwi, ale najczęściej przywożę z podróży pocztówki. Coraz częściej sięgam również po magnesy. W sumie to  żałuję, że w każdym odwiedzonym mieście nie zakupiłam takiej właśnie pamiątki. Moja lodówka mogłaby wyglądać teraz całkiem przyjemnie dla oka.

Czasem w moim bagażu znaleźć można lokalne wino, słodycze i wszystkie zgromadzone w danej podróży rachunki, ulotki, plany miast, rozkładówki metra, bilety komunikacyjne, świstki za hostele czy monety i banknoty.

Staram się nie kupować czegoś, na co po prostu nie mam miejsca albo w plecaku, albo w mieszkaniu. Zdecydowanie rzadziej sięgam zatem po inne przedmioty, takie jak na przykład: zakładki do książek, elementy biżuterii, piasek z miejscowej plaży, muszelki, kamyki, chusty, kubki, tace, itd.

Jejku, zapomniałabym napisać o prezentach dla moich bliskich! Zazwyczaj są to drobne upominki, takie jak otwieracze do piwa, lokalne wyroby w postaci aniołków, obrazki, figurki czy poszewki na poduszki. Dla każdego coś miłego w zależności od tego, co kto lubi.
Paryż, Francja, pocztówki

5. GDY WYBIERASZ SIĘ W PODRÓŻ TO NAJPIERW CZYTASZ O DANYM MIEJSCU (CO MOŻNA ZOBACZYĆ/ZWIEDZIĆ) I TO ZWIEDZASZ CZY NAJPIERW ZWIEDZASZ A PO POWROCIE DO DOMU CZYTASZ O TYM MIEJSCU?


Większość pracy związanej z organizacją podróży wykonuję jeszcze przed wyjazdem. Zazwyczaj zaczynam od Instagrama i Pinteresta. To tam wyszukuję interesującą mnie lokalizację i przeglądam dostępne hashtagi ze zdjęciami. Zapisuję fotografie, które prezentują ciekawe miejsca i przeszukuję strony internetowe (w tym blogi podróżnicze) w celu wyszukania dokładniejszych informacji na temat przedstawionych miejsc.

Pod ręką mam zawsze notes, w którym tworzę wstępną listę miejsc, które chciałabym zobaczyć w danym mieście. Na początku zawiera ona całkiem sporo punktów w przestrzeni miasta, z czasem staje się ich coraz mniej. W zależności od długości mojego pobytu, staram się wybrać kilka głównych punktów, których zobaczenia po prostu nie jestem w stanie sobie odmówić. To takie moje must see, bez którego wypad do danego miasta byłby w pewien sposób niepełny. Poza tym mam listę dodatkową z kolejnymi lokalizacjami, których mogę użyć w razie niepogody, nagłych zmian lub złego samopoczucia.

Mając w dłoni plan miasta (papierowy lub elektroniczny) i zaznaczoną na nim listę miejsc, wyruszam w podróż. Niby zwiedzam według ustalonej wcześniej trasy, ale jednocześnie od czasu do czasu odbijam w inną ulicę/dzielnicę, aby odkryć nieznane mi zakamarki miasta. Staram się nie śpieszyć, bo przecież nic się nie stanie, jeśli nieco dłużej posiedzę bez celu na ławce i poprzyglądam się ludziom czy wypiję kawę w barze, którego wcale nie miałam w planach.

Po zakończeniu wyjazdu, wyszukuję jedynie dodatkowych informacji, potrzebnych do stworzenia danego wpisu na blogu. 
Przemyśl, Polska, mapa, z mapą w podróży

6. CZY LUBISZ POZNAWAĆ ŻYCIE CODZIENNE MIESZKAŃCÓW DANEGO MIASTA/MIEJSCOWOŚCI/WSI? 


Lubię! Nawet bardzo lubię. Interesują mnie lokalni ludzie, ich codzienne życie, zwyczaje i tradycje. Jasne, pewną barierą w tym zakresie może być język i związana z nim komunikacja międzyludzka. Nie zawsze mam odwagę, aby tak zwyczajnie do kogoś podejść i nawiązać z nim rozmowę. Często to ktoś podchodzi do mnie i wykonuje ten pierwszy, trudny krok. W kontakcie z inną osobą staram się być zawsze uśmiechnięta, aby przełamać bariery wynikające z różnic wieku, płci czy religii. Lubię być otwarta na ludzi. Oni wiele wnoszą do moich podróży, choć na blogu zbytnio tego nie widać.

Winterswijk, Holandia, Holendrzy, holenderskie zwyczaje

7. WOLISZ PAKOWAĆ SWOJE RZECZY DO WALIZKI CZY PLECAKA?


Wszystko zależy od okoliczności i rodzaju podróży. Jeśli nastawiam się na intensywne zwiedzanie to zdecydowanie wybieram plecak. Ręce mam wówczas wolne, nie muszę zastanawiać się jak przetransportować swój bagaż po schodach czy jak wsiąść z nim do metra.

Jeśli natomiast wybieram się na rodzinną uroczystość i nie chcę, aby ubrania się pogniotły, to wybieram walizkę. Generalnie wolę swój bagaż taszczyć na plecach niż ciągnąć go za sobą. Wszelkie krawężniki są chociaż łatwiejsze do pokonania! 


8. WOLISZ KRÓTKIE WYJAZDY (NP. WEEKENDOWE) CZY DŁUGIE (TYGODNIOWE/DWUTYGODNIOWE)? 


To jest naprawdę trudne pytanie. Jasne, że wolałabym wyjeżdżać na tydzień, dwa bądź jeszcze dłużej, bo mogłabym wtedy bardziej wczuć się w podróż i lepiej poznać odwiedzane miejsca. Z drugiej strony weekendowe wyjazdy również mają swoje plusy. Chociażby to, że rozkładamy przyjemność podróżowania na kilka(naście) terminów w ciągu danego roku. Kurde, w sumie to ja lubię i jednodniówki (np. Fryburg Bryzgowijski) i wyjazdy miesięczne (np. Hiszpania). Każda podróż daje mi kopa! 


9. CZY LUBISZ JEŚĆ W MIEJSCACH, DO KTÓRYCH PODRÓŻUJESZ? 


Lubię próbować lokalnych specjałów podczas wizyty w nowym miejscu, jednak otwarcie przyznaję, że nie jest to dla mnie priorytetem. Może właśnie dlatego często... zapominam czegoś skosztować. Ja po prostu tak skupiam się na przeżywaniu tych wszystkich momentów w podróży, na podziwianiu architektury, obserwowaniu ludzi, czy chwytaniu przelotnych chwil, że nie mam czasu na jedzenie. Zdarzyło się tak już nie raz i nie dwa. Zdradzę Wam, że ja, wielka fanka pizzy, będąc we Włoszech (w kilku miastach, przez kilka dni) nie spróbowałam pizzy! Za to na przykład w Sarajewie, objadłam się tak, że nie miałam siły się potem ruszyć. Chyba dojrzewam do roli kulinarnego podróżnika! ;)
Sarajewo, Bośnia i Hercegowina, jedzenie, jedzenie w BiH,

10. CZY LUBISZ ROBIĆ ZDJĘCIA W CZASIE PODRÓŻY I CZY OPISUJESZ GDZIEŚ SWOJE PRZEŻYCIA PODRÓŻNICZE? 


Uwielbiam robić zdjęcia w trakcie podróży! Robię ich jednak zbyt wiele. Co za tym idzie, mam potem problem, które z nich pokazać publicznie, a które lepiej pozostawić głęboko na dysku. Zawsze jest tak, że z podróży wracam z mnóstwem zdjęć, a przeglądając je, uświadamiam sobie, że jestem na zaledwie kilku(nastu) z nich. Wolę być chyba po drugiej stronie obiektywu, choć fotografie są dla mnie oczywiście wspaniałą pamiątką.

Jeżeli chodzi o drugą część pytania, to przeżycia podróżnicze opisuję przede wszystkim na blogu. Część wspomnień zachowuję tylko dla siebie bądź najbliższych znajomych, a część udostępniam w Internecie. Są bowiem takie sytuacje, które nie wydają mi się aż tak istotne, aby wspominać o nich w tym miejscu albo takie wizerunki osób, których nie chcę upubliczniać. Szanuję bowiem prywatność ludzi, którzy mnie o to proszą.

Dodatkowo, w trakcie każdego wyjazdu prowadzę dziennik, dzięki któremu o niczym po czasie nie zapominam. Gromadzę w nim te wszystkie ulotne chwile i z pozoru nic nieznaczące momenty, bez których dana podróż nie byłaby taka sama. To również miejsce na kontakty do osób poznanych w drodze czy zapisanie wszelkich przydatnych informacji (np. o konkretnych cenach wybranych produktów) i nowych, interesujących słówek.
Nadrenia Północna-Westfalia, Borken, Niemcy, zachód słońca, zachód słońca w Niemczech, w drodze


Było, minęło. Listopad 2017

5.12.17
#BLOG I INNE TAKIE
Niedawno opisywałam mój październik a tu już skończył się listopad. Czy czas oszalał, czy to ja zwolniłam? 
W szybkim skrócie:
- nawiązałam dość interesujące współprace, dzięki którym podzieliłam się z Wami kodami rabatowymi 
- podjęłam się napisania artykułu, który już wkrótce będziecie mogli przeczytać (szczegółów póki co nie zdradzę)
- rozpoczęłam cykl #kotpolecainsta, w którym na fanpejdżu polecam instagramowe konta
- na insta story zasypywałam Was zdjęciami książek, które czytałam


#SAMOŻYCIE
Początek ubiegłego miesiąca spędziłam przede wszystkim w moim rodzinnym Tuliszkowie. To właśnie tam, pierwszego listopada odwiedziłam groby bliskich osób. Jak zwykle Wszystkich Świętych wzbudziło we mnie wiele wewnętrznych emocji. Pominę fakt, że na cmentarzach była wielka rewia mody i niejedna osoba zachowywała się tak, jakby nowe futro z norek i ułożona pod linijkę fryzura były w tym dniu najważniejszymi sprawami. Pominę fakt corocznych dyskusji, które znicze będą najlepiej prezentowały się na pomniku i jakie wrażenie zrobią one na "tych sąsiadach z lewej". Naprawdę, niektóre ludzkie zachowania mnie przerażają. Szczególnie w takich dniach zadumy, refleksji i chwili spokoju. 

Ze smutkiem zauważyłam również, że z roku na rok zniczy na pomnikach moich znajomych jest coraz mniej. Czas biegnie nieubłaganie a przy tych grobach nie spotykam już tych samych osób, co dawniej. Nie wiem, czy to pamięć się zaciera, czy przyczyna takich zachowań jest zupełnie inna.  Zawsze, kiedy stoję przy nagrobkach Adriana, Lidki, Piotrka czy obu Marcinów to mam przed oczami wszystkie wspólne chwile, jakie kiedyś gdzieś nas połączyły. Od niektórych z tych wydarzeń upłynęło już dobre osiemnaście lat, ale i tak trzymam je głęboko w swojej pamięci. Mam nadzieję, że gdziekolwiek teraz przebywają to moja modlitwa i ciepłe wspomnienia, zapewniają im po prostu spokój. 

Wiem, wiem, zrobiło się jakoś tak poważnie. Już zmieniam temat.
W listopadzie udało mi się wyskoczyć na jedną nockę do mojej ukochanej Łodzi, która ponownie przywitała mnie deszczem. Oczywiście nie zrealizowałam wszystkiego, co sobie założyłam, ale i tak było interesująco. Zatrzymałam się (jak zwykle) w Hostelu Flamingo, dzięki czemu odbyłam kilka krótkich spacerów po słynnej Pietrynie, wpadłam do księgarni Tak Czytam oraz odwiedziłam mój ulubiony antykwariat Gratka z jedynym i niepowtarzalnym, przemiłym sprzedawcą. Do mojej biblioteczki dołączyły dzięki temu dwie książki: „Ostatni wykład” R. Pausch'a (9 zł) oraz „Katedra Marii Panny w Paryżu” V. Hugo (całe 2 zł). Wieczór spędziłam w przemiłym towarzystwie Beti, Przemka i ich chomika o imieniu Chomik. Co tu dużo mówić, ósme piętro znowu dało radę. 
Co jeszcze przyniósł mi listopad? Mnóstwo dobrego polskiego jedzenia, ponowny powrót do Niemiec, czekanie do północy aby złożyć komuś urodzinowe życzenia, dziwne plany sylwestrowe zmieniające się jak w kalejdoskopie, kupno ulubionej ozdoby do włosów, pierwsze przedświąteczne zakupy i... problem z zębem

Czarny piątek okazał się dla mnie naprawdę czarny. Wieczorem tak rozbolał mnie ząb, że nawet tabletki nie działały. Budziłam się co godzinę z nadzieją, że jest już ranek. W Niemczech dentyści zazwyczaj nie przyjmują w soboty i niedziele. Dodatkowo w miejscowym szpitalu nie ma żadnego dyżuru tego typu specjalisty. Dziękuję zatem osobom, które pomogły mi w podjęciu dalszych decyzji. Gdyby nie oni, nie wiedziałabym, że jest coś takiego jak pogotowie stomatologiczne. Nigdy wcześniej nie byłam bowiem w takiej sytuacji. Na wizytę pojechałam z bólem, okazało się, że zgromadziła mi się ropa nad koronką, którą miałam robioną w tym roku. Szczegółów Wam oszczędzę, ale wiecie co? Nie życzę tego nawet największemu wrogowi... 

Przez tydzień walczyłam z ponad 38 stopniami Celsjusza, z drgawkami i lekkimi mdłościami. Wyglądałam jak chomik, czułam się jak kupa nieszczęścia. Opuchlizna była tak duża, że wiedziałam, jak czuje się ktoś, kto dostał cios prosto w oko. Prawie codziennie byłam u stomatologa na czyszczeniu nacięcia, które mi wykonano i przyjmowałam dzielnie antybiotyk mimo, że nie mogłam już patrzeć na tabletki. 

Teraz jest już lepiej, ale ze względu na sytuację jaka miała miejsce, muszę wybrać się do chirurga szczękowego. To on musi znaleźć przyczynę tego wszystkiego. Trzymajcie kciuki, bo sprawa nie jest jeszcze zakończona a mnie szykuje się emocjonująca końcówka roku.


#MUZYKA


 *********************
JAKI BYŁ WASZ LISTOPAD?

Było, minęło. Październik 2017

7.11.17
#BLOG I INNE TAKIE
Uwaga, uwaga, nastąpił blogowy postęp! Nie ma to tamto, z jednego wpisu zrobiły się całe dwa. W ubiegłym miesiącu opublikowałam bowiem podsumowanie września oraz recenzję książki pod tytułem „Zapach domów innych ludzi”. Naprawdę tylko na tyle mnie stać w ostatnim czasie? Jak to się dzieje? Czym jest to spowodowane? Szczerze powiedziawszy, po prostu brak mi słów na moje zachowanie. Sama nie wiem, czy warto się tłumaczyć, skoro nie zna się odpowiedzi na tak wiele pytań. Nie będę się zatem usprawiedliwiać. To nie o to chodzi w blogowaniu. Jeśli możesz, trzymaj po prostu kciuki. Być może listopad okaże się wówczas ciekawszy. 

#SAMOŻYCIE
Październik to nic innego jak piździernik, więc dla mnie sprawa była od początku oczywista. Musiał być gruby, miękki koc, gorąca czekolada, zapachowe świeczki i nastrojowe światełka. Innej opcji nie było. Nawet mój kot wciąż leżakował przy rozgrzanym grzejniku. Albo bezpośrednio na nim. 

Żal było nie skorzystać z ostatnich ciepłych dni i motywujących do ruchu promieni słonecznych. W wolnych chwilach wybierałam się zatem na krótkie rowerowe przejażdżki. Były wycieczki do lasu, wypady na grzyby i wyjazdy do pobliskiej Holandii. Były przeprawy przez błota i pod powalonymi drzewami. W pewną niedzielę, udało mi się również ponownie wyskoczyć do niemieckiego Kalkar, o którym oczywiście nadal na blogu nie opowiedziałam. 
Żeby nie było jednak aż tak kolorowo i bajecznie, to zdradzę, że przez tydzień leżałam w łóżku. Rozłożyło mnie jakieś okropne przeziębienie. Kichałam, smarkałam a kaszel rozrywał mi płuca. Leżałam wtedy w łóżku i nie miałam siły na nic. Nawet na czytanie książek. Królowała świąteczna piżama i herbata pita litrami. Mój kot próbował mnie leczyć gryzieniem po stopach. Ostatecznie nie wiem, czy to on miał taki wpływ na moje wyzdrowienie, czy jednak zażywane lekarstwa. 

Pod koniec miesiąca otrzymałam wspaniałe zdjęcia z wrześniowego wesela Magdaleny i Łukasza. Nawet podzieliłam się jednym z nich na fejsie, więc jeśli jeszcze go nie widziałeś, to pędź zobaczyć te rozwiane w tańcu włosy. 

Październik to również ogromny żal, że nie było mnie w Polsce i że wszystko działo się jakby poza mną. Ostatnio mam bowiem wrażenie, że czas przecieka mi przez palce i że pewnych przeszkód nie da się przeskoczyć. Wspieranie znajomych na odległość to nie to samo, co wspieranie ich będąc obok nich. Ominęła mnie między innymi piękna walka wieczoru i złamanie nogi przez kolegę ze studiów. Gdybym była bliżej, to dałabym radę odwiedzić koleżankę, od której odszedł ktoś bardzo bliski albo spotkać się z kimś, z kim wymieniłam ponad 600 e-maili w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Ubiegły miesiąc to także zerwanie znajomości, która w moim odczuciu nadal powinna istnieć. Życie bywa skomplikowane a za błędy trzeba płacić. 

Zapomniałabym. Byłam w Polsce. Znowu. Jeszcze w październiku odwiedziłam rodzinną miejscowość mojej mamy, aby uporządkować pomnik dziadków przed Wszystkimi Świętymi. Uwielbiam wracać do dolnośląskich Mysłakowic. Mam słabość do tej miejscowości. Niewielka, cicha, na dobrą sprawę nic się tam nie dzieje. Widoki jednak wynagradzają wszystko inne. Niestety, w tym roku chmury były tak gęste, że Śnieżki nie było widać. 
#MUZYKA
Halo, czy to Stany Zjednoczone? Poproszę tego pana. Najlepiej z dostawą do domu. 
Co tu dużo mówić, Brett Eldredge zawrócił w mojej głowie od pierwszego spojrzenia. Co za elektryzujący głos! Co za spojrzenie! Co za zarost! Trzymaj mnie, bo zemdleję. 
Tak serio, to od kiedy tylko usłyszałam tę piosenkę, wiedziałam że będzie ona moją październikową perełką. Teledysk jest tak nastrojowo jesienny. Tekst idealnie trafił w moje obecne samopoczucie. Słów mi brakuje, aby wyrazić to, co czuję. Po prostu musisz posłuchać tego utworu. Może sam się w nim zakochasz.

Ostatnio mam wrażenie, że na odległość większość rzeczy wychodzi mi lepiej, mocniej, trwalej, dojrzalej. Nie widząc kogoś, nie mając go obok, nie potrafię po prostu tego schrzanić. Kiedy jednak przychodzi spotkanie twarzą w twarz, okazuje się że obie strony chcą czegoś zupełnie innego. Albo chcą tego samego, ale ja tak się zablokowałam, że nie potrafię niczego dać w zamian. Może po prostu:
„Na odległość
Zawsze jestem bliżej
Jestem bliżej
Na odległość”

W tym miejscu chciałabym podziękować Dawidowi z Osiem dziewięć, który jakiś czas temu podzielił się ze mną Kortezem. Dzięki niemu mam teraz wiedzę, którą w dobry sposób wykorzystuję. Bez żadnego poczucia winy zapadam się w fotelu na te kilka minut i po prostu odlatuję myślami gdzie indziej. Cóż mogę Ci więcej powiedzieć? „To dobry moment, już nie czekajmy.”. Zobaczmy, co przyniesie listopad.


 *********************
JAK TAM TWÓJ PAŹDZIERNIK, KOCIE?


Stań się częścią czyjegoś życia || „Zapach domów innych ludzi” Bonnie-Sue Hitchcock

25.10.17
new
OPIS ZE STRONY WYDAWNICTWA JAGUAR

Alaska – miejsce, gdzie dorastanie wygląda zupełnie inaczej. 

Ruth skrywa tajemnicę, która w końcu i tak wyjdzie na jaw. Dora nie jest pewna, czy kiedykolwiek ucieknie przed demonami własnego domu. Alyce próbuje pogodzić swoją pasję do tańca z tradycjami swojej rodziny. Hank wraz z braćmi szukają bezpieczeństwa w ucieczce z domu – w efekcie, jednemu z nich grozi straszliwe niebezpieczeństwo. Ścieżki tych czworga młodych ludzi wkrótce się przetną. „Zapach domów innych ludzi” jest powieścią o ludziach, którzy próbują sobie pomóc – także o tym, że wbrew przewidywaniom, niekiedy się to udaje. 

Niezwykły debiut Bonnie-Sue Hitchcock to książka głęboko poruszająca i niebywale autentyczna. Koleje losów tej czwórki ludzi, opowieść o przeżywanych przez nich miłościach i tragediach, o spotykających ich niesamowitych zbiegach okoliczności mogła opisać jedynie pisarka o wyjątkowym talencie.


„Pamiętam, że tata powiedział kiedyś, iż człowiek może niekiedy stać się częścią cudzego życia, będąc po prostu świadkiem zupełnie nieistotnych dla niego wydarzeń.”


MOJA OPINIA

Podobno nie należy oceniać książki po okładce. W przypadku tej pozycji było to dla mnie jednak niezwykle ciężkie. Jak miałam się opanować, widząc nocne niebo i oświetloną, samotnie stojącą drewnianą chatę? Jak patrząc na tę konkretną okładkę, miałam nie wyobrażać sobie powieści ciepłej niczym powiew letniego wiatru a zarazem chłodnej od skrywanych w niej tajemnic? To było po prostu silniejsze ode mnie.

Mój wzrok automatycznie spoglądał na ten idealny układ graficzny a mój szósty zmysł próbował wyobrazić sobie fabułę. Kiedy dorzucałam do tego wszystkiego intrygujący tytuł, powstawała mieszanka wybuchowa. Mieszanka, która wzbudzała w mojej głowie mętlik myśli.

Najpierw próbowałam przypomnieć sobie zapachy kojarzące mi się z poszczególnymi domami, w jakich miałam okazję do tej pory przebywać. To oczywiste, że każdy z nich pachniał inaczej. W moim rodzinnym domu, w powietrzu unosił się zapach smażonych naleśników i fioletowego bzu. W łódzkim mieszkaniu dominował zapach czekoladowego żelu pod prysznic i pieczonego jabłka. Były również takie budynki, w których nie pachniało niczym szczególnym. To pewnie przez to ich nie zapamiętałam.


„W miarę dorastania uświadamiam sobie, że domy rodzin z mamami pachną z reguły bardziej przyjemnie.”


Domyśliłam się, że ten prosty tytuł to jedynie jedna strona medalu. Za takim tytułem po prostu musiała kryć się dobrej jakości historia o ludziach. Historia opowiedziana w dość nietuzinkowy sposób. Co tu dużo mówić. „Zapach domów innych ludzi” to dla mnie książka jedyna w swoim rodzaju. Powinieneś o tym wiedzieć już od samego początku, aby jakoś znieść moje dalsze słowa uwielbienia dla tej pozycji.

Ta książka poruszyła najgłębsze struny w moim sercu. To pewnie dlatego chciałam sięgnąć po nią ponownie, gdy tylko ją przeczytałam. Miałam ochotę po raz kolejny zatracić się w przestrzeni dzikiej Alaski. Pragnęłam znów przeglądać stare mapy, obserwować taniec Alyce i bujać się spokojnie na huśtawce. To tak autentyczna historia, że sama w nią uwierzyłam. Wiem, że to wszystko mogłoby wydarzyć się naprawdę. To ciepła historia rodzinna pełna skrajnych emocji. 

„O tym, czy ktoś jest rodziną, decyduje nie tylko krew.”

To dojrzałe losy młodych wiekiem bohaterów. To nie wiek świadczy jednak o naszym doświadczeniu. To życie o nim świadczy. Wszystkie te niespodziewane zawirowania, chwile radości i smutku, złamane serca, prawdziwe przyjaźnie i szczęśliwe wspólne chwile. Ogromnie cieszę się, że każda z przedstawionych postaci pojawiła się w tej książce, w jakimś (mniejszym bądź większym) celu. Jedni pokazali się tylko na chwilę, inni wnosili do historii coś głębszego. Każdy z tych bohaterów zasługuje na Twoją uwagę. Podobnie jak cała ta książka. Sięgnij po nią a odnajdziesz w niej to, czego tak naprawdę pragniesz. Dzięki niej staniesz się częścią czyjegoś życia.

„On zawsze potrafi dostrzec cienkie jak pajęczyna, niewidzialne nitki, jakie niekiedy łączą ludzi. Są tak delikatne, że prawie nikt ich nie zauważa - dlatego większość po prostu odchodzi, rusza swoją drogą i nieświadomie je zrywa.”


MOJA OCENA
★★★★★★★★★★

SZCZEGÓŁOWE DANE
Tytuł oryginału: Smell of other people houses
Autor: Bonnie-Sue Hitchcock
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Data wydania: marzec 2017
Cena okładkowa: 37,90 zł
Oprawa: miękka
Liczba stron: 320
ISBN: 978-8376-86-544-7

Było, minęło. Wrzesień 2017

2.10.17
#BLOG I INNE TAKIE
Jestem gotowa. Możesz skopać mi tyłek. Zasłużyłam sobie na to. We wrześniu opublikowałam bowiem JEDEN post. Jeden jedyny. Pokazałam Ci w nim moje trzy ulubione miejsca w Sarajewie i podzieliłam się z Tobą osobistą historią mojego życia. Zrobiło się wówczas nastrojowo a nawet dość poważnie. Jeśli jeszcze nie miałeś okazji przeczytać moich wypocin, to klikaj szybciutko i rób potem, co chcesz. Możesz podać tekst dalej albo zatrzymać go tylko dla siebie.

Tak naprawdę to dawno nie było aż tak źle na blogu! Mogłabym to zwalić na brak stałego dostępu do Internetu, brak weny twórczej, brak czasu. Mogłabym to zwalić na cokolwiek. Prawda jest jednak taka, że po dwudziestym września i po ponad dwutygodniowej przerwie spowodowanej awarią laptopa, po prostu nie miałam ochoty wracać do pisania. W głowie mam pełno pomysłów, ale nie potrafię zrobić z nimi porządku. Pogubiłam się. Może wynika to z tego, że obecnie skupiam się na czymś innym, a co za tym idzie chwilowo zmieniłam priorytety? Naprawdę ciężko mi powiedzieć. Wiem tylko, że wolę to przeczekać niż na siłę dodawać byle jakie posty. Mam nadzieję, że mi wybaczysz.

Interesujące jest to, że w ostatnim czasie możesz mnie częściej znaleźć na fejsie niż właśnie tutaj. Moja wzmożona aktywność wynika z tego, że łatwiej dzielić mi się z Tobą zwyczajną codziennością, śmiesznymi obrazkami czy cytatem z czytanej aktualnie książki niż tworzyć długie wpisy na bloga i zastanawiać się godzinami, które zdjęcia opublikować. Choć zasięgi mnie momentami przerażają to widzę, że codzienne pisanie ma sens. We wrześniu przybyło sporo nowych obserwatorów (razem to już 350!). Mam również grono osób, które stale się udziela, co jest naprawdę miłe i motywujące. Dziękuję ♥
Pozostało mi zatem zachęcić Cię do polubienia mojego profilu, jeśli nadal tego nie zrobiłeś → Kinga On Tour

Jeśli chodzi o Instagrama to pod koniec września stuknęło mi 800 obserwatorów! Tysiąc coraz bliżej, ale te liczby tak szybko się zmieniają, że nie wiem kiedy do niego dobiję. Na pewno będzie to taki próg, który przyprawi mnie o szybsze bicie serca. Ogarnięcie mojego insta to wyższy poziom jazdy i choć z dnia na dzień coraz bardziej dojrzewam do decyzji, aby jakoś go uporządkować, to jednocześnie wciąż z nią zwlekam. Czas pokaże jak to będzie.  Dam Ci znać, jeśli coś się w tej kwestii zmieni.

Zapomniałabym! Wrzesień to również... trzy lata mojego blogowania. Trzy lata. To ogrom czasu, pracy, energii, poświęcenia, zaangażowania, złości, rozczarowań, radości i w ogóle wszystkiego co tylko możliwe. Jak przypomnę sobie swoje początki to widzę różnicę. Wiem, że teraz zaczęłabym inaczej, bo mam już wiedzę której nie miałam tego wrześniowego dnia na praktykach, na których postanowiłam rozpocząć przygodę z blogiem. Dziękuję Tobie, Tobie i Tobie za to, że jesteście. Dziękuję sobie, że wytrwałam.

#SAMOŻYCIE
Wrzesień okazał się miesiącem, w którym moje serce biło znacznie szybciej niż w poprzednich miesiącach. Było to spowodowane moim dłuższym pobytem w Polsce. W końcu miałam więcej czasu i okazji, aby porozmawiać z bliskimi mi osobami, poczytać książki w rodzinnym domu, napić się gorącej herbaty prosto z filiżanki a nie z kubka, zjeść czekoladowe mleczko w tubce (chyba nigdy z tego nie wyrosnę) czy pobawić się z małymi kotami.

Wrzesień to ogromna radość z zakończenia wizyt u dentystki i ponowne posiadanie zęba. To pożegnanie ze starym laptopem, odzyskanie wszystkich zdjęć i dokumentów a także przyzwyczajanie się do nowych sprzętów. W końcu odebrałam od kuzynki wygrany w konkursie aparat FinePix XP120, więc obecnie przeprowadzam liczne testy. Szczerze mówiąc, widzę różnicę, ale o tym pewnie jeszcze kiedyś napiszę. Na tę chwilę wykonałam nim zbyt mało różnych zdjęć, aby wyrazić jakąkolwiek opinię.
W ubiegłym miesiącu bawiłam się na dwóch weselach. Drugiego oraz szesnastego września. Pierwsze odbyło się w okolicy mojego rodzinnego miasta, drugie pod Łodzią. Obie imprezy były na swój sposób wyjątkowe. Z jednej strony mój przyjaciel z czasów szkoły średniej, którego znam już dobre dziesięć lat a z drugiej łódzcy znajomi, z którymi miałam okazję być już i w Gdańsku, i na Helu, i na niejednej szalonej domówce. Długo by zresztą opowiadać! W tym miejscu chciałabym raz jeszcze podziękować moim weselnym partnerom T. i M., bo bez nich te noce nie byłyby na pewno takie same ♥

Swoją drogą, czy mieliście kiedyś na tyle szalony dzień, że sami nie mogliście uwierzyć we wszystkie wydarzenia, jakie miały wówczas miejsce? Ja tak. Szesnasty września przebił wszystkie inne. Najpierw moja osoba towarzysząca napisała, że prawdopodobnie zaspała, potem potrąciłby mnie samochód na pasach, następnie kosmetyczka odwołała umówioną wcześniej wizytę, a później... M. zadzwonił i oznajmił, że zostawił garnitur w pociągu. Co to był za dzień! Po raz pierwszy w życiu, na ślubie w kościele łza pociekła mi ze śmiechu a nie ze wzruszenia ;)

Co jeszcze się działo w ostatnim czasie? W łódzkim Flamingo Hostel poznałam dwóch Hiszpanów, dziewczyny z Bułgarii i Ukrainy, chłopaka z Turcji i zabawnego Jerzego. Hostelowy pokój był tak wąski jak to niektóre hostelowe pokoje, ale atmosfera wymiany językowej była nie do pobicia. O tym wydarzeniu napisałam dokładnie tak:

„Wystarczy przypadkiem założyć koszulkę: „Learn Polish. It's easy” z takimi wyrazami jak: gżegżółka, mitrężyć, dżdżysty, źdźbło, itp. a śmiechu będzie aż za dużo. Podobnie działa to w drugą stronę. Tureckie slówka łatwe nie są, z Hiszpanem dogadasz się nawet po polsku a jak powiesz „mierda” to nagle wszyscy rzucają odpowiedniki tego słowa w innych językach. Jak tu nie śmieszkować. No jak?”

Będąc w Łodzi, nie mogłam odmówić sobie spróbowania czegoś nowego. Padło na pączka z wiśnią i twarogiem, zakupionego w Pąki z Mąki (ul. Piotrkowska 7). Powiem tak. Przypomniało mi się dzieciństwo. Smak był naprawdę niezły, choć jak dla mnie pączek był nieco za tłusty. Może to moja wina, bo nie poczekałam aż ostygnie. No cóż, łakomstwo. Tak czy inaczej, polecam.
Co dalej? Odwiedziłam moją M., dzięki której mam okazję być ciocią Kingą. Zobaczyłam się również z koleżanką, z czasów liceum i doszłam do wniosku, że nie ma to jak rozmowy po latach z J.. Łączy nas więcej niż mogłoby się początkowo wydawać. Wybrałam się także na znany mi już wcześniej Gorzew. To właśnie B., z którym tam byłam, przypomniał mi, co w życiu jest ważne. Świetnie było się również spotkać z B., którego nie widziałam już od dobrych kilku lat. Przerażające, jak czas szybko leci. Przerażające, że nagle ogarnęła mnie taka tęsknota za Łodzią.

W drodze powrotnej do Niemiec spędziłam kilka godzin w Berlinie oraz zahaczyłam o Essen, w Nadrenii Północnej-Westfalii. Wiesz że po raz pierwszy korzystałam z niemieckich pociągów? #wstyd i #hańba Byłam też na festynie w Heiden. Używane rzeczy leżały obok zakurzonych książek, w powietrzu unosił się zapach frytek i końskiego łajna, a ulicami przejeżdżały traktory i dorożki. Żyć, nie umierać. Relaks pełną parą.
#LITERATURA
We wrześniu przeczytałam osiem książek, z czego aż sześć wypożyczyłam z mojej tuliszkowskiej biblioteki. Przyznaję, tęskniłam za wydaniami papierowymi i choć mam na półce sporo nieprzeczytanych pozycji, to jakoś po nie nie sięgam. Sama nie wiem dlaczego. Może to nie ten czas i nie to miejsce?

„Nerve” Jeanne Ryan
„Bestiariusz słowiański. Rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach”
„Wielka księga inspiracji”
„Niebezpieczne kłamstwa”
„Charlie i fabryka czekolady”
„Grunt pod nogami”
„Ósmy cud świata”
„Pięć sposobów na upadek”

Nie będę się pogrążać, ale doskonale wiem, że całkowicie zawaliłam książkowe tematy na blogu. Przeczytałam w tym roku prawie 80 pozycji a opowiedziałam Ci zaledwie o trzydziestu. Brawo Kinga, brawo! Doskonała robota, naprawdę.

#MUZYKA
We wrześniu rozpoczęła się jesień, więc nadszedł czas nie tylko na zapalane wieczorem dyniowe świecie, ale i na słuchanie nastrojowych piosenek. Spokojne utwory, z romantycznym i życiowym przesłaniem to zdecydowanie coś, co polubiłam w ostatnim okresie. Czas zwolnić. Czas się wyciszyć i zmienić coś w swoim życiu. Już nawet rozpoczęłam katowanie się muzyką, dlatego podzielę się z Tobą swoimi trzema ulubieńcami z ubiegłego miesiąca. Kodaline będzie mi towarzyszyć aż do grudnia a Pink oraz James Arthur to dla mnie ostatnie powiewy lata.

 *********************

 

JAK TAM TWÓJ WRZESIEŃ, KOCIE?

Co zobaczyć w Sarajewie? Moje ulubione miejsca.

26.9.17
Co zobaczyć w Sarajewie?

Kiedy pomyślę o Sarajewie, od razu mam przed oczami moje trzy ulubione miejsca, zlokalizowane w tym mieście. Widzę w nich siebie, czerwoną jak burak, czującą powiew wiatru we włosach i gęsią skórkę wynikającą z odkrywania dotąd nieznanej przestrzeni. Na twarzy mam szczery uśmiech od ucha do ucha, policzki są zaróżowione a serce... serce bije jakoś szybciej niż powinno. Przyznaję, uległam emocjom i pokochałam to miasto od pierwszego wejrzenia. Wyjeżdżając z Niemiec, nie sądziłam, że odnajdę w nim siebie,  że odnajdę kilka miejsc, do których codziennie będę chciała potem wracać. Miejsca te wywarły na mnie tak duże wrażenie, że stały się oazami mojego wewnętrznego spokoju w tej bałkańskiej stolicy. Zdradzę Ci zatem mały sekret i powiem, co według mnie warto zobaczyć w Sarajewie.


Każdy, kto zna mnie choć trochę, wie że od czasu do czasu uwielbiam błąkać się bez celu po dużych blokowiskach, zaglądać nieznanym ludziom w okna i spoglądać na to, co trzymają na balkonach. Zazwyczaj wyznaję zasadę: oglądam z zewnątrz, do klatki nie wchodzę. Tak jest bezpieczniej i swobodniej. Zawsze marzyła mi się też randka na dachu wieżowca, ale to w sumie inna bajka, o której nie będę dzisiaj wspominała.

Nie byłabym zatem sobą, gdybym po ukończeniu takiej a nie innej specjalizacji na studiach, swoich pierwszych kroków nie skierowała właśnie na jedno z bardziej niezwykłych (przynajmniej dla mnie) osiedli mieszkaniowych. Na pierwszy rzut oka to niby nic nadzwyczajnego. Osiedle jak osiedle. Kiedy jednak przyjrzysz się bliżej, dostrzeżesz charakterystyczny zlepek budynków połączonych ze sobą dość dziwnymi kombinacjami. To trochę jak takie pudełka od zapałek ułożone pod sobą w niezbyt prostej linii i przykryte gdzieniegdzie zielenią. Raz drzwi prowadzą na balkon a raz prosto na beton położony dobrych kilka metrów niżej. Ciglane to takie blokowisko w wersji hard. Ogromne, aczkolwiek zaniedbane. Turyści raczej się tam nie zapuszczają. Chyba, że po prostu lubią takie klimaty.

Ciekawym rozwiązaniem na tym osiedlu jest niepozorna Kosi Lift, dowożąca ludzi w wyżej położone partie budynków. Równolegle do windy biegną schody, które w przeciwieństwie do niej są darmową opcją. Przejazd wagonikiem przypominającym zamierzchłe czasy (ten system działa już od 1990 roku), niewiele kosztuje i zajmuje około dwóch minut. Przyjemność połączona z nutką adrenaliny. Polecam!

Za co tak naprawdę polubiłam Ciglane? Za klimat sarajewskiego blokowiska wyjętego jakby z innej epoki. Za roztaczającą się z windy panoramę miasta. Za małe knajpki skryte w bocznych uliczkach. Za dobre mięsne burki jedzone na betonowym murku. Za pobudzający zmysły zapach kawy. Za sympatycznego pana pracującego w wagoniku. Za intrygujących mieszkańców chodzących swoimi ścieżkami. Za koty skradające się po balkonie na czwartym piętrze, przyprawiające mnie o szybsze bicie serca.

ŽUTA TABIJA
Ojj ojj ojj! Co to jest za lokalizacja! Miejsce niezwykle klimatyczne, które po prostu musisz zobaczyć będąc w Sarajewie. MUSISZ. Co prawda, na przykład Coca-Cola kosztuje tam 3,50 KM (w innych lokalach jest tańsza nawet o 1-1,50 KM), ale widoki zdecydowanie są warte takiej ceny. Z tego co zauważyłam możesz swobodnie wejść na ten teren i nie kupić nic. Wybór pozostawiam Tobie. Powiem Ci tylko, że jeden z barmanów był bardzo skory do rozmowy. Może to Cię zachęci. O zimnym piwku zapomnij, bo alkoholu w tamtejszym barze nie kupisz.

Widoki z Żółtej Twierdzy są BA-JE-CZNE. Zarówno w dzień, jak i w nocy. Aż chciałoby się tam spędzać każdy letni wieczór, słuchać muzyki lecącej z głośników i podziwiać światełka rozwieszone na drzewach. Aż chciałoby się spotykać tam ze znajomymi i wspólnie śmiać się z dnia pełnego wrażeń. Uprzedzę Cię, na pewno spotkasz tam mnóstwo zakochanych par. Jedni będą ciepło opatuleni kocem a inni będą w eleganckich, wieczorowych strojach. Jak dla mnie jest tam zbyt głośno, aby spędzić miłe chwile we dwoje, ale może kiedyś zmienię zdanie na ten temat. Co mnie będzie kojarzyło się z tym miejscem? Uwaga, odpowiedź jest niecodzienna. Bolesław Leśmian i wiersz Z dłońmi tak splecionymi.... Nie pytaj dlaczego. Ja już tak mam, że czasem lubię poczytać poezję w niecodziennych warunkach.
 

BIJELA TABIJA
Perełka nad perełkami. Moja sarajewska twierdza. To nic innego jak miejsce ucieczki od całego otaczającego mnie świata. Miejsce, w którym niejako emocje wzięły górę nad rozsądkiem. Miejsce, w którym w końcu coś ruszyło do przodu.

Przyznam Ci się do czegoś osobistego. Zazwyczaj, widząc dane miasto po raz pierwszy, ogromnie się cieszę. Mało jest takich lokalizacji, na widok których zrobiło mi się po prostu smutno, nostalgicznie czy jakkolwiek by tego nie nazwać. Chodzi mi o to, że Biała Twierdza to jedno z tych niewielu miejsc w Europie, w których pomyślałam: 

Cholera, o wiele lepiej byłoby je oglądać z kimś a nie samej.

Ostatnie promienie słońca oświetlały całe miasto, nadając mu złocisty kolor i wydobywając głębię czerwonych dachów oraz zieleni okalającej pobliskie wzgórza. Kiedy słońce chowało się za górami, niebo zmieniało swoją barwę i robiło się ciepło na duszy. Właśnie wtedy, w jeden letni wieczór postanowiłam nareszcie pójść dalej.
Jadąc do Sarajewa nie spodziewałam się, że tak naprawdę ta podróż okaże się dla mnie przełomowa. To właśnie tam, w moim ulubionym miejscu w tym mieście, doszłam do wniosku, że nie warto wciąż patrzeć wstecz. Nie mogę przecież dłużej rozpamiętywać tego, co było i co już dawno się zakończyło. Pora wziąć się w garść, spiąć tyłek i ruszyć do przodu. Ciężko mi o tym pisać, ale Sarajewo widziane przez łzy również wygląda niesamowicie. To tam, na kamiennym murku Białej Twierdzy, uzmysłowiłam sobie, że kiedyś wrócę do tego miasta. Być może nie będę wówczas sama, bo nareszcie jestem gotowa na lepsze jutro. 

Przez te kilka dni odniosłam wrażenie, że Sarajewo sprzyja romantycznym uniesieniom i że musiałam tam pojechać, aby odkryć coś więcej niż to, co zazwyczaj odkrywałam w danych miejscach. Musiałam odkryć siebie. Wtedy nie wiedziałam, że dwa miesiące później, po prawie trzech latach zawieszenia, otwarcie powiem najbliższym znajomym: 

Jestem gotowa na nowe uczucie.

Czas pokaże jak to będzie a Sarajewo polecam nie tylko na złamane serce.

Chwytaj chwile

24.8.17
Jest letni wieczór. Siedzę po turecku na betonowym, rozgrzanym od słońca murku. Obok mnie przebiega szutrowa droga a przede mną rozpościera się widok na miasto. Wykorzystuję ostatnie promienie słoneczne i kieruję ku nim swoją spieczoną twarz. Uśmiecham się, bo jestem świadoma tego, jak niezwykły spektakl zaraz rozpocznie się na niebie. 

Nagle do mojej głowy zakrada się niepewność. Sama nie wiem, czy cieszyć się chwilą i jedynie patrzeć, czy jednak sięgnąć po aparat i uchwycić ten moment na zdjęciu. Moja pamięć może się przecież kiedyś zbuntować i nie pomieścić nowych wspomnień. Co wtedy? Czy nie łatwiej będzie zachować ten zachód słońca w postaci pliku .jpg? 

Żyje się raz. Naciskam przycisk. 

Potem odkładam aparat i jak urzeczona wpatruję się w powoli zakradającą się noc. 
Pewnie już wiesz, że mój laptop uległ awarii. Nie mam pojęcia czy odzyskam pliki, które są na nim zapisane. Pliki, których zgromadzenie zajęło mi około czterech - pięciu lat. Są tam zdjęcia oraz filmiki z wyjazdów, uroczystości rodzinnych, spotkań ze znajomymi i nieznajomymi. Moje Camino del Norte, wesele najbliższej koleżanki ze studiów, małe holenderskie miejscowości, wizyty u chrześniaczki. To ogromny kawał mojej historii, moich ulubionych momentów. Co będzie jeśli nie uda się przywrócić ich do życia? Czy będę w stanie zapamiętać te wszystkie momenty w swojej głowie? 

Szkoda mi tych wszystkich zdjęć. Są tam również takie, z których jestem na swój sposób dumna. Byłoby mi cholernie przykro, gdybym je utraciła. Czułabym się bowiem tak, jakbym traciła część swojej pracy, swojej duszy. Stracę ludzi, z którymi połączyła mnie historia. Stracę miejsca, do których zaprowadził mnie los. Stracę chwile, które już się nie powtórzą. 

To dla mnie ogromna nauczka. Chciałabym, abyś Ty w tym momencie zrobił porządek na swoim laptopie i potraktował go jak świątynię pamięci. Skopiuj swoje uchwycone chwile na płytę, przenośny dysk lub w inne miejsce. Ucz się na moich błędach. 

źródło zdjęć: Unsplash
 
Copyright © Kinga On Tour: blog Kingi Nowak. Designed by OddThemes